Work Text:
Stanisław Wokulski zbiegał ze wzgórza najszybciej jak mógł. Skulił się usłyszawszy głośny wybuch ale nie obejrzał się za siebie ani nie zwolnił. Wbiegł między drzewa i teraz pod osłoną liści uciekał sam nie wiedział gdzie. W końcu, gdy las zrobił się zbyt gęsty, by przez niego biec, zatrzymał się i oparł o najbliższe drzewo. Czuł przez ubranie szorstką korę, kiedy jego oddech powoli zwalniał. Usiadł na mchu. Przyłożył dłoń do piersi i czuł jak razem z jego myślami uspokaja się też jego serce. Uśmiechnął się. „Co mi strzeliło do łba?”- pomyślał, i w tym momencie uświadomił sobie, że przy jego ucieczce na złamanie karku zgubił kapelusz. Mężczyzna westchnął, wstał powoli, przygładził włosy i ruszył w kierunku stacji zostawiając przeszłość za sobą.
Gdy tylko do młodego wynalazcy dotarła straszna wiadomość o rzekomym samobójstwie przyjaciela, opuścił Petersburg i udał się możliwie jak najszybciej do Zasławia. Nie czekając na nikogo popędził na wzgórze starego zamku. Widząc z oddali zawalone mury jęknął i przyspieszył kroku. Wspiąwszy się na górę niepewnie zaczął dokładnie szukać jakichkolwiek śladów Wokulskiego. Julian Ochocki zazwyczaj nie przykładał dużej wagi do innych, ale teraz czuł coraz mocniejszy uścisk w żołądku widząc charakterystyczne ślady butów. Nagle zatrzymał się. Drżącą ręką sięgnął po wystający spod kamienia zgnieciony kapelusz. Z wielkim trudem udało mu się podnieść kawałek gruzu i wyciągnąć spod niego zniszczone nakrycie głowy. Z wielkim żalem rozpoznał w nim własność przyjaciela. Przekonany o śmierci Stanisława schował przedmiot do kieszeni i walcząc z łzami powoli zszedł do wsi.
Była godzina dziewiąta wieczorem, kiedy zmęczony długą podróżą Ochocki wysiał na stacji w Paryżu. Złapał dorożkę i kazał zawieźć do hotelu w centrum miasta. W czasie jazdy mężczyzna z wielką ciekawością przypatrywał się teatrom, kamienicom, sklepom, urzędom i różnorodnym ludziom, którzy pędzili gdzieś w ważnych sprawach lub przechadzali się ulicami z przyjaciółmi. Patrzył z tęsknotą na szczęśliwe pary idące pięknymi chodnikami. Gdzieś w tyle jego głowy powstawała myśl, że mógłby być tak jak oni, mógłby iść jak oni pod ramię z… Odrzucił tą myśl zanim się w pełni uformowała. Po krótkim czasie dorożka zatrzymała się przed wspaniałym, zdobionym budynkiem hotelu. Wynalazca zapłacił woźnicy i wszedł do środka. Wnętrze budynku było nawet okazalsze, z dywanami i obrazami dekorującymi miejsce. Julian wynajął pokój za pieniądze które otrzymał w spadku po przyjacielu. Choć czuł się nieco niekomfortowo oddając odziedziczony majątek za klucz, to jego humor szybko się poprawił, kiedy wszedł do zachęcająco wyglądającego apartamentu i rzucił na miękkie łóżko. Szybko zasnął i śnił o nowych, wspaniałych wynalazkach, które za jego sprawą zaskoczą Paryż.
Minął niemal miesiąc od wieczoru, kiedy Ochocki wysiadł na głównej stacji w stolicy Francji. Przez ten czas mężczyzna był ciągle zajęty, choć faktycznie niewiele robił. Jednego dnia zwiedzał miasto, innego leciał balonem, kolejnego zaś orientował się w lokalnej sferze naukowej. Odwiedzał akademie, laboratoria, pracownie, chodził też na różne wykłady i pokazy, a wieczorami podziwiał grę aktorską w wielkim teatrze w centrum miasta. Wracał do swojego niedawno kupionego mieszkania (które mimo nieszczelnych okien i często hałaśliwych sąsiadów bardzo mu się podobało), rozbierał się i kładł spać w dużym, wygodnym łóżku. Pomimo wyczerpania po pełnym wydarzeń dniu, mężczyzna często nie mógł zasnąć i wpatrując się w jasnoszary sufit rozmyślał. Zastanawiał się nad tym dziwnym uczuciem, które cały czas mu towarzyszyło, tym dziwnym braku spełnienia i tęsknotą za czymś, czego nie umiał określić. Kiedy jego myśli płynęły ku Warszawie, życiu tam, przyjaciołach, szczególnie jednym, czuł, że jego poczucie pustki staje się silniejsze. W takich momentach mężczyzna mówił sobie, że to niedorzeczne, żeby ktoś taki jak on tęsknił za ojczyzną i zasypiał. Ten dzień zaczął się podobnie do innych. Julian wstawał około godziny dziewiątej rano, mył twarz, ubierał się i w płaszczu oraz kapeluszu szedł do swojej ulubionej kawiarni na śniadanie. Kiedy szedł piękną uliczką, zauważył, że dzień jest nieco zbyt ciepły na ubrania, które rano wybrał. Mimo to szedł dalej, i niemal już wszedł między stoliki przed lokalem, kiedy usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. Instynktownie spojrzał w tamtym kierunku i zamarł. W drzwiach stał niemal równie zdziwiony wysoki, przystojny mężczyzna. Stanisław Wokulski i Julian Ochocki patrzyli na siebie w idealnym bezruchu, jakby oboje właśnie zobaczyli ducha, a nie przyjaciela. Starszy z mężczyzn otrząsnął się pierwszy.
-Dzień dobry- powiedział z wymuszoną pewnością i wyciągnął rękę. To przywróciło przytomność wynalazcy. Podbiegł do niego i uścisnął go z całych sił.
-Stanisławie j-jak… Jak mogłeś?- wydukał ukrywając twarz w koszuli mężczyzny.- Czy ty wiesz co my wszyscy przeżyliśmy przez ciebie?
-Ja…-Wokulski wyraźnie nie miał przygotowanej odpowiedzi.- Musiałem przemyśleć kilka rzeczy.
-Czy ty… Zrobiłeś to specjalnie? Specjalnie sprawiłeś, że wszyscy myśleli, że wysadziłeś się w powietrze? Kuzynka Izabela poszła do zakonu, Rzecki… Rzeczki umarł, a ja- w tym momencie odsunął się trochę, i niedoszły samobójca dostrzegł ślady łez na policzkach przyjaciela. Młodszy z mężczyzn wyszarpał coś z kieszeni i pokazał mu dramatycznym gestem.- Wiesz jak ja się czułem, kiedy to znalazłem?
W zniszczonym i pogniecionym kawałku materiału Wokulski rozpoznał swój stary kapelusz. Jedna rzecz go zdziwiła.
-Nosiłeś to przy sobie cały czas?- zapytał z niedowierzaniem.
-M-może i tak, i co z tego? Stanisławie, czemu to zrobiłeś…?
Mężczyzna zachmurzył się. Zazwyczaj wolał nie wracać myślami do tamtego dnia, ale pomyślał, że przyjaciel zasługuje na wyjaśnienie.
-Ja… Wtedy naprawdę chciałem się wysadzić. W ostatnim momencie zrozumiałem swój obłęd i uciekłem. Pojechałem odpocząć do Petersburga i przyjechałem tutaj- wziął głęboki wdech i zaczął mówić dalej.- Ja…Przepraszam cię, Julianie. Byłem tak zajęty sobą, że nie zauważyłem, co robię wam- nie był pewien, jak jego przeprosiny zostaną przyjęte, ale ku jego uldze Ochocki, choć przez łzy, uśmiechał się. Wynalazca otarł je szybko rękawem.
-Cieszę się i nie mogę uwierzyć, że naprawdę… Naprawdę żyjesz- objął przyjaciela ponownie, jak gdyby chciał sprawdzić, czy faktycznie tam jest, czy to tylko jakiś sen lub widmo. Ku jego uldze czuł przy sobie ciepłe, mocne ciało i charakterystyczny zapach kupca. Odsunął się ponownie.- Może usiądziemy? Ludzie zaczynają się gapić.
Ponieważ Wokulski do tego czasu mieszkał w hotelu, szybko, choć niepewny swojej decyzji, zamieszkał tymczasowo u Ochockiego. Mieszkanie było przeznaczone dla jednej osoby, ale udało im się zorganizować je tak, aby oboje się zmieścili (nie zawsze nadmiernie wygodnie). Starszy mężczyzna zaprowadził współlokatora do pracowni Geista, co pierwszy przyjął z wielkim entuzjazmem, a drugi z lekką nieufnością lecz też zadowoleniem z kolejnego uczestnika projektu. Wynalazca z wielką ochotą zabrał się do pracy. Spędzał większość swojego czasu w laboratorium i w tym czasie rzadko udawało się z nim porozmawiać o czymkolwiek innym niż latanie lub metale.
-Kwas siarkawy, woda królewska, soda żrąca… Stanisławie, podasz mi tamtą menzurkę?- Mężczyzna machnął ręką i bliżej nieokreślonym kierunku.
-Którą?- zapytał Wokulski przypatrując się stołowi pełnemu różnego szkła.
-Tą wiesz, taką z płynem w środku?
-O, to znacznie zawęża grono podejrzanych menzurek- dawny kupiec galanteryjny uśmiechnął się ironicznie.
-Stanisławie, wiesz przecież o którą chodzi, tą ze szkłem wodnym. Och, jesteś okropny- to ostatnie dodał pod nosem, ale przyjaciel to usłyszał.
Wokulski westchnął i podał zapalonemu chemikowi naczynie. Kiedy Ochocki sięgnął po nie, ich dłonie na chwilę się zetknęły. Starszy mężczyzna szybko cofnął rękę.
-Czyżby mój dotyk aż tak parzył?- zapytał Ochocki z lekkim rozbawieniem.
-Nie po prostu…- speszony mężczyzna szukał wymówki.- Skoro jestem taki okropny, to chyba nie chcesz mnie dotykać, prawda?
-Może nie jesteś aż tak zły- młody wynalazca wzruszył ramionami i wrócił do pracy. Reszta tego dnia upłynęła spokojnie.
W noc po tamtym wydarzeniu Wokulski długo nie mógł zasnąć. Leżąc w łóżku zastanawiał się, czemu lekki dotyk jego przyjaciela tak na niego zadziałał. Przecież gdy spotkali się w przed kawiarnią nie miał tego problemu, prawda? Zanurzył się na chwilę w miłym wspomnieniu tamtej chwili. Pamiętał, że po pierwszym szoku poczuł ulgę, że widzi przyjaciela, i jak miłe było ciepło Juliana kiedy go objął. Zmarszczył brwi. Z niepokojem przyjął do wiadomości to uczucie. To chyba nie znaczyło że… Nie, z pewnością tak nie było. Jego dawna miłość do panny Izabeli była dowodem, że nie był tym typem mężczyzny. Julian był jego przyjacielem, to naturalne cieszyć się, kiedy po długim czasie spotyka się przyjaciela. Uspokojony tą myślą mężczyzna przewrócił się na drugi bok i szybko zasnął.
Wokulski i Ochocki siedzieli razem w „ich” kawiarni. Starszy z nich czytał gazetę (choć z pewną trudnością, jego francuski nie był idealny) i wolno popijał kawę, a młodszy, ignorując swoją stygnącą herbatę, bez szczególnego zainteresowania obserwował przechodniów. Nagle ożywił się nieco.
-Stanisławie- mężczyzna spojrzał znad gazety.- Co myślisz o tych dwóch?
Wskazywał dyskretnie w stronę dwóch mężczyzn idących ze sobą pod rękę. Rozmawiali o czymś żywo z twarzami blisko siebie i przyciągali wiele niestarannie skrywanych spojrzeń innych przechodniów. Pytanie przyjaciela zaniepokoiło nieco Wokulskiego.
- Co dokładnie masz na myśli?- zapytał ostrożnie.
- Czy to co robią jest, na przykład, etyczne?- wynalazca wyraźnie był bardzo ciekawy odpowiedzi.
- To…Nie moja sprawa, jak dwóch dorosłych ludzi wiedzie swoje życia- kupiec zawahał się.- Nie wydaje mi się, by krzywdzili w ten sposób społeczeństwo.
- A więc uważasz, że takie relacje są całkowicie poprawne?- mężczyzna zbliżył się trochę.
-Ja…Julianie, nie pytaj mnie o to!- wyrzucił z siebie i odwrócił wzrok.
Ochocki był zadowolony z odpowiedzi. Zapatrując się ponownie w przechodniach zastanawiał się, dlaczego myśl, że Wokulski nie jest całkiem przeciwny związkom dwóch mężczyzn, tak mu się podobała. Prawdopodobnie miało to związek, podejrzewał, że podzielał tą opinię. Starał się nie brać pod uwagę swojego osobliwego przywiązania do przyjaciela, ale jako naukowiec nie mógł po prostu tego zignorować. Rozważał ten pomysł już wcześniej, dlatego zadał to pytanie. Choć nie chciał tego przyznać, to jego obecne emocje zdawały się potwierdzać tą hipotezę. Podniósł do ust filiżankę zimnej herbaty. Cóż, chyba mógł z tym żyć. „Stanisław nie musi o tym przecież wiedzieć”- pomyślał.
Dwaj mężczyźni spędzali kolejny dzień w laboratorium Geista. Wokulski robił notatki na temat ich ostatnich badań, a Ochocki jak zwykle energicznie mieszał zawartości wielu różnych zlewek, menzurek i kolb, substancje w nich połączone zmieniały kolory, świeciły, wydawały dźwięki. Kupcowi, który przyglądał się temu zza notatek, wydawał się ten widok czarującym. Obserwował, jak różne kolory chemicznych roztworów tańczyły na skupionej i napiętej twarzy przyjaciela, patrzył na jego reakcje na wyniki jego działań, jak czasem odskakiwał zaskoczony, kiedy chemiczna przemiana przechodziła wbrew jego przewidywaniom gwałtownie. Czuł satysfakcję, patrząc, jak jego przyjaciel spełnia się w tej dziedzinie. W końcu przestał pisać i tylko wpatrywał się z fascynacją w zapracowanego wynalazcę. Przyglądał się jego dłoniom, kiedy ten delikatnie chwytał szkło laboratoryjne, jego szyi, gdy starał się jak najlepiej zobaczyć efekt swojej pracy, jego rzęsom, kiedy… Moment. Dlaczego tak się przyglądał przyjacielowi? Wokulski otrząsnął się. Co on najlepszego robił? Przypomniał sobie swoje przemyślenia kiedy nie mógł spać i swoją rozmowę z Ochockim w kawiarni. Czy to naprawdę było tak? Gwałtownie odrzucił tę myśl. To niemożliwe, pomyślał. Wiedział co to miłość, uczucie, które żywił do panny Izabeli, i to było coś zupełnie innego. Julian był jego przyjacielem, cenił go i jego towarzystwo, to było wszystko. Nieco pochmurniejszy wrócił do swoich notatek.
Po kolejnej nocy ubogiej w sen, ale za to pełnej przemyśleń, Wokulski wszedł nieco spóźniony do laboratorium. Rzucił płaszcz na bok i rozejrzał się. Geista nie było w pokoju, więc prawdopodobnie czytał czasopisma naukowe i zgrzytał zębami na sukcesy swoich kolegów badaczy. Jedyną osobą poza Wokulskim w pokoju był Ochocki. Kupiec spojrzał na niego podejrzliwie.
-Julianie- zaczął spokojnie.- Czy to znowu to samo doświadczenie?
Wynalazca zatrzymał się i z wymuszoną beztroską odwrócił się do przyjaciela.
-Tak, ale…-na szybko próbował wymyślić dobrą wymówkę.- Muszę wykonać je wiele razy, w ten sposób wiem, czy zawsze wychodzi tak samo.
- Ah tak?- Wokulski podszedł bliżej.- I co, wychodzi to samo czy nie?
- Tak, ale to…- zawahał się. Nagle go olśniło.- To jest metoda naukowa. Muszę wykonać doświadczenie wielokrotnie, żeby sprawdzić jego powtarzalność.
- Bardzo ciekawe, opowiedziałbyś mi więcej, Julianie?- starszy mężczyzna znowu podszedł bliżej i stanął tuż przed nim z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
- To…to działa tak, że- Ochocki starał się znaleźć jakiś przedmiot, na którym mógłby zawiesić wzrok. Jedynym jednak interesującym obiektem był dla niego w tej chwili Wokulski.- Najpierw trzeba postawić problem i hipotezę, opisać warunki przeprowadzania doświadczenia. Następnie wielokrotnie wykonuje się doświadczenie, systematyzuje wyniki i wysuwa wnioski- zadowolony ze swojej odpowiedzi, odwrócił się energicznie i usiadł w fotelu.
- W takim razie ile razy dokładnie wykonałeś to doświadczenie?
- Słucham?- młodszy mężczyzna uświadomił sobie, że popełnił błąd. Jego przyjaciel uśmiechnął się.
- Jeżeli postępujesz zgodnie z tą metodą, to z pewnością wiesz ile razy już przeprowadziłeś badanie, prawda?- Wokulski pochylił się nad fotelem.- I z pewnością prowadzisz pełną ich dokumentację, żebyśmy mogli wspólnie wyciągnąć wnioski, nie mylę się?
- Ja…- Ochockiemu nie pomagał fakt, że twarz przyjaciela była już tylko kilka centymetrów nad jego. Czuł, że robi mu się gorąco.
W tym momencie do laboratorium wszedł Geist. Wokulski szybko odskoczył od fotela, a wynalazca odetchnął z ulgą. Chemik zobaczył tą scenę i zatrzymał się.
- Hm? Co wy robicie?- zapytał zaskoczony napięciem panującym w pokoju.- A z resztą, nie obchodzi mnie co robicie. Interesuje mnie tylko, że to co robicie w moim laboratorium nie wygląda mi na badanie chemii. Do roboty!
Wszyscy wrócili do swoich zadań.
Mimo, że letnie dni są długie, to mężczyźni wrócili do mieszkania już po zmierzchu. Odwiesili na bok wierzchnie okrycie i poszli odpocząć w salonie. Ochocki patrzył, jak drugi mężczyzna zdejmuje krawat i rozpina kamizelkę. Jego spojrzenie zostało zauważone.
- Coś się stało?- zapytał Wokulski.- Wyglądasz nieco inaczej.
- Po prostu jestem zmęczony…- odpowiedział wymijająco i odwrócił wzrok. Wiedział, że to kłamstwo. Już od dawna był świadomy swoich uczuć do przyjaciela, jednak starał się ze wszystkich sił je ukrywać. Nie chciał zniszczyć ich relacji.
Były kupiec wstał, i sięgnął po butelkę whisky oraz dwie szklanki. Nalał im obu napoju i usiadł. Wziął łyka, odetchnął głęboko i zaczął cicho.
- Julianie, opowiedz mi więcej.
- O czym?- zaskoczony pytaniem wynalazca wypił ze swojej szklanki.
- O tej…metodzie naukowej- Ochocki zauważył, że przyjaciel nie patrzy na niego. Jego zdaniem wyglądał na człowieka w bardzo melancholijnym nastroju.
- Jeśli chcesz, to powiem, ale nie jestem ekspertem- milczenie drugiego mężczyzny zdawało się zapraszać do kontynuowania.- Teoria ta wywodzi się z pomysłu, że nauka musi być ściśle logiczna na wskroś i od podstaw. Jest ostatnio dość popularna, bo daje sensowne, dające się ująć równaniem wyniki. Można ją stosować również w codziennym życiu.
- W codziennym życiu, hm?- Wokulski spojrzał na niego przenikliwie.- Na przykład do kobiet?
- Słucham?- oszołomiony mężczyzna nigdy nie przewidziałby takiego rozwoju konwersacji.- Skąd to pytanie?
- Jakiś czas temu mówiłeś mi, co sądzisz o kobietach. Czy tamta teoria powstała na podstawie tej metody?
„Czy on jest już pijany?”- pomyślał Ochocki. Spojrzał na szklankę przyjaciela, była jeszcze w połowie pełna. Najwyraźniej było to poważne pytanie. Westchnął.
- To wtedy nie było do końca na poważnie. Chciałem raczej trochę poniżyć panny z towarzystwa, były takie dumne i pewne swojej doskonałości. Tak naprawdę, to widziałem wiele kobiet znacznie mądrzejszych i lepszych od mężczyzn.
- Czyli, Julianie, lubisz kobiety?- widząc pytający wzrok przyjaciela, Wokulski kontynuował.- Ostatnio zauważyłem, że wydajesz się nieco…zakochany.
Wynalazcy mocniej zabiło serce. Jakże blisko prawdy był ten mężczyzna! Ochocki był zakochany, i to na zabój, wiedział o tym, ale nie w kobiecie. Jego obiekt westchnień siedział tak blisko, nalewał tuż przed nim drugą porcję alkoholu do szklanek, a jednak był niedostępny. Westchnął ponownie.
- Być może…- odpowiedział cicho.
Wokulski poczuł małe ukłucie w sercu. Nie wiedział co to było, ale czuł, że musi dowiedzieć się o tej sprawie jak najwięcej.
- Jaka ona jest? Zgaduję, że poznałeś ją w jakimś towarzystwie naukowym- przerwy między kolejnymi łykami gorzkiego napoju stawały się coraz krótsze, a jego wzrok coraz mętniejszy.
- Ta osoba… Ja- Ochocki desperacko próbował znaleźć wyjście z tej sytuacji. Och, dlaczego Stanisław zawsze przypierał go tak do muru? Próbując zyskać na czasie popijał ze swojej szklanki i dolał im obu kolejną porcję napoju.- Pójdę po coś do jedzenia.
Starając się zmienić temat na coś innego, wynalazca wrócił z kuchni z ciastkami, które kupił w pobliskiej piekarni.
- Jaki smak kremu lubisz?- zapytał, w nadziei, że temat jego i kobiet już nie wróci. Spięty patrzył, jak przyjaciel próbuje trafić kremówką do ust.
- Każdy- odpowiedział, kiedy w końcu udało mu się zjeść ciastko, a przynajmniej tą jego część, która nie została na jego twarzy. Ochockiego sfrustrowała ta niedbałość.
- Czekaj, wytrę to dla ciebie- powiedział, i wyjmując chusteczkę pochylił się nad przyjacielem. Jedną dłonią przytrzymał jego twarz i z wielkim skupieniem zaczął ścierać krem z jego zarostu. Niespodziewanie poczuł dużą dłoń drugiego mężczyzny na swoim policzku, i zdał sobie sprawę, że stoi bardzo blisko niego, trzyma jego twarz i patrzą sobie w oczy. Nawet gdyby chciał, nie mógłby się teraz ruszyć. Przysuwali się milimetrami do siebie, ich myśli stawały się coraz bardziej mętne i niejasne. Widzieli tylko siebie, słyszeli bliżej i bliżej swoje oddechy, czuli ciepło ich ciał. W końcu Ochocki, kierowany nagłym przypływem odwagi, i Wokulski, motywowany sam nie wiedział czym, wykonali ruch i ich usta się zetknęły. Mijały sekundy, odetchnęli na chwilę i znowu się zwarli. Młodszy mężczyzna usiadł na kolanach drugiego, a ten objął go ramieniem w talii. Nagle Wokulski jakby oprzytomniał i oderwał się od przyjaciela.
- J-julianie, przepraszam cię. Nie wiem co we mnie wstąpiło- wyglądał na szczerze przestraszonego i w szoku, że dopuścił się takiego nadużycia.- Czy możesz o tym zapomnieć?
- O czym mam zapomnieć? Uważasz, że to błąd?
- To grzech- odpowiedział gorzkim tonem. Ochocki uśmiechnął się ironicznie.
- Tylko jeśli w to wierzysz- widząc, że mężczyzna nie jest jeszcze przekonany, chwycił jego dłonie.- Stanisławie, naprawdę uważasz że to coś złego? Wcześniej przecież mówiłeś inaczej, czy to było kłamstwo?- przerwał na chwilę by znaleźć właściwe słowa.- Widzę przecież, że nie chcesz o tym zapominać.
- Nie chcę rujnować twojej przyszłości z tamtą kobietą dla chwili własnego szczęścia- odwrócił wzrok.- Nie wiedziałem, że jest to we mnie, naprawdę cię przepraszam.
- Ależ jaka kobieta?- roześmiał się. Sięgnął po butelkę whisky i wypił z niej kilka łyków.- Skoro wspomniałeś o własnym szczęściu, to czujemy to samo. Stanisławie, kochany Stasiu, prawda jest taka, że- zawahał się chwilę.- Zakochałem się w tobie- skończył szeptem.
- Czujemy to samo?- Wokulski również zaczął szeptać.
- A nie kochasz mnie?
-…Kocham- jego odpowiedź była na granicy słyszalności. Ponownie zbliżyli się do siebie i lekko musnęli wargami.
- Julianie?
- Tak?
- Chyba za dużo wypiłem, muszę iść do łazienki.
Na ścianie wisiało czarno-białe zdjęcie w prostej ramie. Przedstawiało dwóch mężczyzn stojących obok siebie. Pierwszy z nich, wyższy i mocniejszy, stał dość sztywno i patrzył na swojego towarzysza z lekkim uśmiechem. Drugi, dość niski i nieco młodszy, uwiesił się na ramieniu pierwszego i radośnie śmiał się do kamery. Widać było, między innymi po modzie i stanie fotografii, że była wywołana już jakiś czas temu. Jeżeli ktoś uważny przyjrzałby się jej, to zauważyły, że przestawia ona mężczyzn, którzy w tej chwili siedzieli z nią w salonie. Jeden z nich, starszy, czytał właśnie „Portret Doriana Graya”, a drugi czytał gazetę.
- Znowu piszą o Skłodowskiej- wspomniał niedbale.
- Tak? Co takiego?
- Że prowadzi badania nad magnetyzmem.
- O, czyli kobiety nadają się do czegoś więcej niż rodzenia dzieci?
- Nie wiem ile razy ci już mówiłem, że tak nie uważam- zamyślił się.- Myślę Stasiu, że ona osiągnie coś wielkiego.
- Bardzo możliwe, wydaje się zdolna.
-Stasiu?
- Tak?
- Pójdziemy kiedyś na jej wykład?
- Pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Że będziesz mnie dalej kochać- Wokulski się uśmiechnął.
- Stasiu, obiecuję ci, że nigdy nie przestanę!- Ochocki zadeklarował podekscytowany perspektywą wykładu.- Ale ty też musisz mnie kochać- dodał.
- Kocham cię, Julianie.
