Actions

Work Header

just go the fuck to sleep | tłumaczenie

Summary:

Dottore zasypia na ramieniu Pantalona podczas spotkania, od tego momentu Doktor przyprawia go o ból głowy.

 

autorem jest Roach_Gobbler, ja tylko tłumaczę fanfik za jex zgodą.

Notes:

dziękuję Wydmie za korektę tekstu <3

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Ciche mamrotanie Pierra podczas czytania dokumentów sprawiało, że Dottore przysypiał.

Wiedział, że powinien bardziej się skupić na tym co pierwszy Fatuus mówił. Zazwyczaj wszyscy harbingerowie byli zwoływani na spotkania gdy działo się coś ważnego. Ostatnim razem zostali zwołani na pogrzeb Signory, no bo cóż, umarło się jej.

Jednak tym razem czuł, że nie da rady długo tak pociągnąć. Zbyt wiele nieprzespanych nocy w końcu zaczęło dawać mu w kość, pomyślał sobie gdy jego oczy mimowolnie zaczynały się zamykać. Ale przynajmniej miał na sobie maskę - jeżeli faktycznie mu się przyśnie, to nikt tego nie zauważy. Raczej.

Pantalone siedzący po jego stronie spojrzał się na niego, poprawiając przy okazji okulary. Generalnie, patrząc na różnicę między ich rangami, nie powinni siedzieć tak blisko siebie, ale Dottore specjalnie tak chciał usiąść, aby móc przekazywać czarnowłosemu przeróżne notatki. Większość z nich była o tym, jak to bardzo spotkania harbingerów nie były nudne, albo jakieś głupie rzeczy które wymyślił, podczas gdy reszta składała jakieś raporty które, tak prawdę mówiąc, miał gdzieś. A to wszystko robił tylko po to, aby przeszkadzać i irytować Bogacza. Choć… bywało też, że Dottore błagał go o więcej funduszy. Czasem żeby po prostu go wkurzyć, a czasem też faktycznie ich potrzebował.

W każdym razie, siedzieli obok siebie tak blisko, że prawie się dotykali udami. Normalnie Dottore zacząłby rzucać czarnowłosemu karteczki z wiadomośćmi na kolana, ale ku jego nieszczęściu, jego ołówek leżał gdzieś przy raporcie Pierra, więc nie miał jak zaczepiać Pantalona. A przez to ten posyłał Doktorowi dziwne spojrzenia. Nie żeby się dziwił, sam na jego miejscu zrobiłby to samo, ale zaczynało go to irytować.

Położył głowę na jego ramieniu i nieco się pochylił w jego stronę, zabierając przy tym dużo miejsca Pantalonowi. W ten sposób zirytowałby go mniej, niż gdyby kopnął go w nogę, a przy okazji inni nie zwróciliby na to uwagi zbytnio. Ostatnio gdy się potłukli Pulcinella skuł ich razem na całą resztę dnia i było to… co najmniej ciekawe. Nie żeby to było jakieś bardzo nieprzyjemne, ale raczej wolał takiego przeżycia drugi raz nie doświadczyć, bo i tak się nieźle poobijali i byli wkurzeni.

— Możesz się posunąć? — syknął Pantalone cicho, szturchając - a raczej dźgając - go długopisem w udo — No już.

— Zachowujesz się jak prostak, Bogaczu — wymamrotał, przy okazji kopiąc go pod stołem — Pierro właśnie przemawia.

Nawet nie musiał spoglądać na Pantalona, by wiedzieć, że ten morduje go wzrokiem. On to już czuł.

Dottore ziewnął, a Pantalone westchnął, odsuwając się. Słyszał jak dziewiąty harbinger przeglądał jakieś papiery, gdy zamykał oczy. Pierro wciąż mówił, jego słowa zdawały się mieszać ze sobą i przestały mieć jakikolwiek sens. Jakby mówił w jakimś obcym języku. Jak długo to spotkanie miało jeszcze trwać? W ogóle to jaki był jego cel? Będzie musiał później siłą od kogoś to wyciągnąć, albo jakiemuś klonowi każe to zrobić.

Ziewnął, znowu. Ból głowy, który dręczył go od samego rana, coraz bardziej dawał mu w kość. Skoro nikt go nie wymieniał z imienia, które był pewien że wyłapał by gdyby usłyszał, no to chyba to spotkanie nie było aż takie ważne, prawda?

Mógł się na chwilę zdrzemnąć.

***

Pantalone spiorunował wzrokiem drugiego harbingera, gdy ten po raz dwunasty zleciał na niego w przeciągu mniej niż dwudziestu minut.

Pulcinella obserwował ich niczym jastrząb, jego wielki nos drgał za każdym razem gdy Pantalone kładł dłoń na swoim sztylecie. Starzec najpewniej tylko czekał, aż ta dwójka idiotów się zacznie tłuc, bo tak to zazwyczaj wyglądało, więc Pantalone nawet go nie winił. Kłótnia między nimi to było ostatnie, czego ktokolwiek potrzebował na tym spotkaniu.

Zapisał sobie gdzieś na boku cenę, którą rzucił mu Pierro, patrząc się w stronę Dottora. W roztargnieniu uderzał palcami o stół, jego głowa odwróciła się od Pantalona, nawet gdy miętowy szczur znowu się opierał o krzesło Bogacza. Czy on się dąsał? Pantalone nie mógł zrozumieć dlaczego. To wcale nie tak, że ostatnio nie zgodził się sfinansować go albo próbował go dźgnąć. Może jednak komuś innemu udało się zajść Doktorowi za skórę.

— Taki automaton będzie drogi — powiedział, odwracając uwagę od Dottora. Co było ciężkie, ponieważ po raz kolejny oparł się o Pantalona. Czarnowłosy odepchnął go dyskretnie. — Większość materiałów będziemy musieli załatwić sobie z…

Nie było dane mu dokończyć, ponieważ w tym samym momencie Dottore uznał, że to będzie idealny moment, aby całkowicie walnąć o Bogacza, zwracając na siebie uwagę wszystkich. Skrzywił się, gdy głowa miętowego szczura uderzyła o jego kościste ramię i odchylił tak, aby móc spojrzeć na niego z góry.

Jego złość jednak szybko odeszła, gdy zobaczył, że nikt wcale nie zaczął cisnąć beki z niego. Dottore leżał nieruchomo i wyglądał po prostu jak trup. Jedynie ramię Pantalona zdawało się utrzymywać jakkolwiek Doktora. Cóż.

Wszyscy natychmiast odskoczyli i odsunęli się od stołu, z wyjątkiem Capitano, który pochylił się by sprawdzić jego puls.

Natychmiast pomyślał o truciźnie, czyli o tym samym co prawdopodobnie pomyśleli sobie jego współpracownicy, jeśli zmrużone oczy i wyciągnięte bronie miały cokolwiek wskazywać. Już stracili dwóch harbingerów w krótkim czasie, więc jeśli ktoś miałby im dowalić, to pewnie teraz, bo była to najlepsza możliwa okazja.

— Puls jest dobry — stwierdził Capitano, odsuwając się — Z temperaturą też jest wszystko w normie.

Wydawało się, że napięcie w pokoju opadło. Pantalone wił się pod ciężarem Dottora. Mimo że chciałby, to dość głupio byłoby od tak go zrzucić z siebie.

— Czy on kurwa zasnął? — Sandrone zachichotała. Spojrzenie Capitano sprawiło, że parsknęła prawdziwym śmiechem. — Chyba przydałoby się ożywić trochę to spotkanie. Ja też już przysypiałam — powiedziała, przecierając oczy.

— Może ktoś go zabrać? — Pantalone syknął — Jest cięższy niż się wydaje.

— Nah, wtedy by mnie ugryzł — powiedziała Sandrone, prawie że przepraszająco. Niektórzy pokiwali zgadzając się z jej słowami. — Skoro ci tak przeszkadza, to może sam go obudź?

— Nie, bo wtedy mnie ugryzie — powiedział płasko.

— To byłoby takie smutne — wtrąciła Arlecchino.

Pantalone zastanawiał się ile zajęłoby przekonanie Carycy do ogarnięcia wytycznych dotyczących molestowania. Po tym wszystkim przez co musiał przechodzić dzień w dzień, należała mu się jakaś pieniężna rekompensata. I pomyśleć, że to wszystko wina tych ludzi z którymi był zmuszony pracować każdego dnia…

Capitano westchnął i potrząsnął drugim harbingerem. Pantalone skrzywił się, kiedy miętowy szczur uderzył go łbem w łeb, ale przynajmniej w końcu nie był przez niego przygniatany. O tyle dobrze.

— Hm! — Dottore usiadł i rozejrzał się wokół. Natychmiast odepchnął Pantalona, kiedy tylko zobaczył jak blisko siebie są, otrzepując ręce o koszulę z obrzydzeniem.

— Dzień dobry — powiedział oschle Pierro.

— …’dobry — wymamrotał Dottore, ocierając swoją twarz, a raczej maskę.

— Czy ja w ogóle chcę wiedzieć ile słyszałeś? — zapytał Pierro.

— Mm…

— Zdajesz sobie sprawę, że będziesz na czele tego projektu? — oświadczył Pierro, rzucając jakieś papiery na stół i masując skronie.

— …co?

— To… koniec na dziś. Przeczytaj ten pieprzony raport — pierwszy Fatuus westchnął. Gwałtownie wstał i wyszedł z pokoju, po tym jak połowa osób zaczęła chichotać, a druga połowa po prostu westchnęła, jakby mieli już dość życia.

***

— Co ci odjebało? — zażądał wyjaśnień Pantalone, po tym jak praktycznie wyciągnął Doktora z pomieszczenia, w którym jeszcze przed chwilą było spotkanie. Trzymał go za rękaw i ciągnął za sobą w stronę laboratorium. Dottore był gotów iść z powrotem spać, kiedy Pierro wyszedł, a to też oznaczało że, no cóż, był w stanie tu i teraz zasnąć, na ramieniu Pantalona. Niedorzeczne. — Ktoś ci serio dorzucił coś do picia?

— Zmęczony jestem — burknął Dottore, próbując uwolnić się z uścisku Bogacza, co normalnie nie byłoby problemem, biorąc pod uwagę fakt że był silniejszy od bankiera. Ale tym razem było odwrotnie i jego szarpania były na nic.

— Jesteś zmęczony — powtórzył czarnowłosy, zupełnie niewzruszony. — No jasne.

Dottore otworzył usta gotów się kłócić, jednak zaraz po tym je zamknął z powrotem. Pantalone zatrzymał się i zmarszczył brwi. Fakt, że Doktor nie próbował się kłócić ani go ugryźć był zastanawiający, nawet bardziej niż jego zaśnięcie na spotkaniu. Caryco, czy on naprawdę umierał?

— Dobra — mruknął, otrząsając się i popychając Dottora do przodu. — No, dotarliśmy. Idź się zdrzemnij czy coś. Jeśli znowu na mnie zaśniesz to cię pobiję, niezależnie od tego czy ktoś będzie patrzeć czy nie. Jakbyś czegoś potrzebował… to przyjdź do mnie.

Dottore olał jego słowa i zaczął męczyć się z otworzeniem drzwi. Zajmowało mu to tak długo, że Pantalone zaczął się zastanawiać czy nie podejść i mu pomóc, bo to aż było żałosne. W końcu jednak Dottore otworzył drzwi i zniknął za nimi, pokazując wcześniej Bogaczowi środkowy palec, choć nie był pewny czy mu się to nie przewidziało.

Pantalone potrząsnął głową, dodając wytyczne dotyczące molestowania na listę ważnych rzeczy do zrobienia. Miał już dość.

***

Ciche pukanie do drzwi przywołało Pantalona do rzeczywistości kiedy podpisywał kontrakt. Westchnął, przewracając papiery i sprawdzając która jest godzina. Nie był umówiony na żadne spotkanie póki co, więc coś innego musiało pozawracać mu głowę. Bo jakżeby inaczej. Jednocześnie ten dzień zdawał się przebiegać dość gładko. Cóż, dopóki nie dochodziły go słuchy o zgubieniu jego nowych zestawów herbaty, nie miał na co narzekać.

— Proszę — zawołał, pochylając się na krześle, jednak widząc obitego Dottora wyprostował się z powrotem. — O bogowie, co ci się stało? Czy to ten słynny Włóczykij cię w końcu dopadł?

— Spadłem ze schodów — Dottore skrzywił się, zaraz po tym rzucił się na krzesło stojące przed biurkiem czarnowłosego. Dotknął siniaka który się pojawił na jego szczęce.

— No tak, jasne. Cudownie. Cóż, wyglądasz jak gówno. Och i jakbyś zapomniał, widzę tylko połowę twojej mordy. — Pantalone poprawił okulary na nosie.

— Wiesz, w tym pokoju jest sporo rzeczy którymi mógłbym rzucić w ten twój pusty łeb, Bogaczu — rzucił stanowczo Dottore, skubiąc coś na krześle które zajął.

— Dobra, czego chcesz? Mam trochę do roboty, więc lepiej się pospiesz. Chodzi o kasę? Bo jak coś to już automaton został opłacony… — Pantalone przewrócił oczami i spojrzał na papierkową robotę, a później znowu na swojego, bleh, towarzysza.

— Herbatę.

Pantalone zaniemówił na chwilę przechylając głowę.

— Słucham?

— Słyszałeś. — Dottore wyszczerzył zęby.

— Słyszałem. — Odparł wolno — Po prostu się zastanawiam dlaczego przychodzisz do mnie z czymś tak głupim, zamiast poprosić jakiegoś sługę albo samemu pójść do kuchni i to zrobić. Nie żeby coś, ale nie jestem kelnerem, nie za to mi płacą.

Dottore coś mamrotał pod nosem, a Pantalone westchnął, podnosząc z powrotem pióro i przewracając kartki papieru. Nie miał czasu na bzdety z którymi miętowy szczur przyszedł.

Podpisał jeszcze kilka papierów, spoglądając na drugiego harbingera, on jednak nie ruszył się w ogóle ze swojego miejsca, tylko się dąsał. Był blady i miał siniaki przez co naprawdę wyglądał źle, jakby faktycznie spadł ze schodów. Może jednak wcale nie żartował wcześniej.

— Jesteś chory? — zapytał w końcu, chcąc odpowiedzi — Mam wrażenie, że wyglądasz gorzej niż wcześniej. A jeśli jesteś, to, proszę, wróć do siebie. Nie chciałbym się zarazić, wiesz?

— Ale nie jestem. — burknął Dottore, prując nitki z materiałowej części krzesła. Pantalone to dobrze widział, ale powstrzymał się przed opieprzeniem drugiego harbingera. — Po prostu jestem zmęczony.

— To idź spać — powiedział Pantalone, poirytowany — To serio nie jest takie trudne.

— Nie mogę — warknął — Jeśli pójdę spać, to ktoś lub coś mnie obudzi, z informacją że mam robotę do wykonania. Potrzebuję czegoś na sen, jeśli łapiesz o co chodzi.

— Nie sądzisz, że coś takiego raczej znajdziesz w swoim laboratorium? Herbata może działać uspokajająco, owszem, ale nie da się tym naćpać… — Pantalone przetarł nos.

— Nie wiem! — warknął Dottore, machając rękami w powietrzu z rozdrażnienia — Próbowałem się najebać i gówno to dało. Chyba się zbyt przyzwyczaiłem do tego. Po prostu- ugh! — z poirytowania podrapał filc na krześle, co wyglądało jakby go krzesło jakoś skrzywdziło — Mam wrażenie, że coś mi chodzi po skórze. Widzę jakieś gówna. Chcę po prostu odetchnąć na moment.

— Dobrze powiedziane — powiedział Pantalone, wzdychając. Otworzył jedną z dolnych szuflad biurka i wyjął kilka paczuszek jego ukochanej, drogiej herbaty. Spojrzał na nią ze smutkiem i rzucił Doktorowi. — Wątpię że jakkolwiek ci to pomoże, ale jeśli zostawisz mnie w końcu w spokoju, to trzymaj.

— Dzięki — burknął — Tylko jak…?

— Ja pierdole.

***

— Mam nadzieję, że będziesz o tym pamiętać, jeśli znowu zachce ci się utrudniać mi życie — powiedział Pantalone, wlewając herbatę. Przynajmniej miał pewność, że dobrze została zaparzona. — Oczekuję rekompensaty za moje starania.

Dottore chrząknął, ukrywając twarz w dłoniach gdy się opierał o sofę Pantalona. Nieco się zaskoczył, kiedy bankier go szturchnął po wepchnięciu mu do rąk filiżanki.

— Smakuje jak gówno — mruknął, popijając.

— No to nie pij — odparł płasko czarnowłosy, siadając obok. — Po prostu ci wpieprzę za marnowanie mojej cennej herbaty i tyle. Możesz se wrócić do swojego laboratorium, a ja do swoich plików…

— Możesz się zamknąć? — syknął zirytowany Dottore.

— Siedzisz w moim domu i na mojej kanapie, więc nie. Będę mówić to co chcę — oświadczył twardo Pantalone.

Jednak po tym siedział cicho, ponieważ Dottore nic nie powiedział w odpowiedzi. Po prostu się patrzył na swoją filiżankę, prawie jak zombie. Było to denerwujące, bo zazwyczaj drugi harbinger nie był w stanie przestać gadać, ruszać się i chichotać do samego siebie. Ta cisza była bardziej niepokojąca niż dziwne i obłąkane zachowanie Doktora, do którego był już przyzwyczajony.

Pantalone sam wziął łyk herbaty i rozejrzał się po swoim pięknym domu, w którym było cicho niczym na pogrzebie. Wydał niemało kasy, aby to tak właśnie wyglądało - dźwiękoszczelność, izolacja, wszystko pomalowane na nowo… chyba poprawił wszystko jak tylko się dało.

Przez chwilę się zastanawiał, czy powinien wymienić dywan, kiedy nagle poczuł, że Dottore się przesuwa. Odwrócił się i zobaczył, jak Doktor się przewraca, przez co sapnął i próbował złapać filiżankę, ale było za późno. Przewróciła się, a herbata rozlała się po całej kanapie. Po jego pięknej, drogiej kanapie. Och, po Dottorze też.

— Ups — Dottore podskoczył gwałtownie i zaklął, kiedy zobaczył beznamiętny wyraz twarzy Pantalona.

— Rozlałeś herbatę na moją białą sofę i jedynie co masz do powiedzenia, to “ups”? Żadne “przepraszam”? Żadne “nie martw się, załatwię ci nową”? — zapytał Pantalone, pogodzony z faktem że najpewniej jego wszystkie meble zostaną zniszczone przez tego mężczyznę. Najpierw krzesło, teraz kanapa, co dalej? Jego łóżko?

Czemu nie!

— Wstawaj — powiedział, wzdychając — Wydałem dużo kasy na to wszystko, więc nie pozwolę ci zniszczyć teraz mojego dywanu. Już starczy, że nakapałeś na podłogę.

Zaciągnął Dottora do łazienki i rzucił mu szlafrok.

— Zostaw tu brudne ubrania — zawołał, zanim znowu spojrzał i zaczął ubolewać nad kanapą. Jego biedna, brudna kanapa. Już nigdy nie będzie taka sama, będzie musiał kupić nową. Tylko jakiego koloru powinna być? Na pewno nie biała, bo w ten sposób sama się prosiła o kłopoty. Może powinien załatwić sobie ciemnoszarą albo-

— Nie będę chodził w tym czymś — zawołał Dottore — Co to kurwa jest? Sukienka?

— To jest szlafrok, ty gnoju — odparł Pantalone, rozglądając się po pokoju. Skoro już musiał ogarnąć sobie nową kanapę, to nowe obrazy też mógł. — I nigdzie nie idziesz. Zostajesz tu dopóki nie ogarniesz dupska, bo jedynie co robisz, to przyprawiasz mnie o ból głowy.

— Co, masz mnie za więźnia? — zapytał, wychodząc z łazienki i domagając się odpowiedzi. Och, był wkurzony. Ale w sumie lepsze to, niż gdyby miał wywijać się od tego bałaganu który narobił.

— Powinienem — powiedział Pantalone, wskazując na kanapę — No zobacz. Zniszczona.

— Możesz to przecież umyć. Zachowujesz się jakby to był jakiś, nie wiem kurwa, obraz czy inne gówno.

— Idź do sypialni i zejdź mi z oczu. Nie jestem w stanie na ciebie patrzeć po tym wszystkim. — Pantalone machnął ręką w konkretnym kierunku.

— To była herbata…

— Drzwi są po prawej! — zawołał, nie odwracając się nawet — Nic nie słyszę!

Dottore rzucił coś pod nosem, ale udał się w kierunku który wskazał mu bankier. Świetnie. Skoro miętowego szczura nie było w salonie, Pantalone mógł w końcu zrobić jakieś przemeblowanie. Teraz tylko znaleźć ten katalog który gdzieś rzucił parę tygodni temu…

***

Kiedy nastał poranek, prawdopodobnie zostałby zagryziony przez drugiego harbingera za wtargnięcie do łóżka obok niego. Tyle że to było łóżko Bogacza, więc jak najbardziej miał prawo położyć się w nim, prawda? Tym bardziej, że nie miał ochoty spać na podłodze.

Zakrył się kołdrą po samą szyję, obserwując twarz Dottora. Na stoliku nocnym znajdującym się obok nie było jego maski, a to oznaczało, że mogła być absolutnie wszędzie. Cóż. Przynajmniej tym razem bankier mógł mieć pewność, że jego cudowny towarzysz nie planuje przyprawić go o kolejny ból głowy. Wyglądał po prostu na zmęczonego, z podkrążonymi oczami i grymasem na twarzy.

Odruchowo wyciągnął rękę aby zabrać kosmyki niebieskich włosów z jego czoła. Dottore drgnął na jego dotyk, ale na szczęście nie obudził się, nawet gdy został lekko pacnięty w dłoń.

Pantalone cofnął rękę, zdając sobie sprawę, że prawdopodobnie jego zapas szczęścia się skończył na dziś, po czym się odwrócił. Miał nadzieję, że drugi harbinger w końcu wróci do bycia sobą, czyli dość trudną osobą. I tak prawdę mówiąc, ostatnie dni były dość spokojne i nudne. Było coś ekscytującego w próbie zamordowania swojego ulubionego współpracownika, nawet jeśli ostatecznie obydwoje kończyli posiniaczeni.

Zaśmiał się cicho sam do siebie, zastanawiając się co zrobi, jeśli obudzi się z ręką wokół swojej szyi, lub ostrzem na kręgosłupie.

Ale to już był problem, z którym rozprawi się jutro.

Notes:

kocham dottolone, jak zostaną grywalni to im walnę cały domek w dzbanku
a collei będzie ich psem żeby wkurwić wszystkich collei stans <3