Actions

Work Header

Droga do Eregionu

Summary:

Niewielu ze swoich decyzji Halbrand szczerze żałował, ale zadania sobie owej śmiertelnej dla człowieka rany kłutej – a i owszem. A później pożałował jeszcze tego, że przystał na pomysł Galadrieli i wyruszył wraz z nią w tym agonalnym stanie w podróż do Eregionu.

Work Text:

Halbrand umierał. Ciała śmiertelników nie były w końcu niezniszczalne. Przeciwnie: były bardzo kruche. Ludzka medycyna niewiele mogła zdziałać w przypadku tak rozległych obrażeń, jakie Halbrand – o ironio! – zadał sobie sam. A zrobił to poniekąd z desperacji, ale też i w szczytnym celu – po to, aby uwolnić drzemiącą w nim moc Majara. I jakimś cudem to zadziałało: Król Krajów Południowych niemal w ostatniej chwili użył najsilniejszych znanych sobie zaklęć, które niektórzy być może określiliby mianem czarnej magii, i uratował swoich poddanych i swoją ukochaną królową, Panią Światła. Ale nikt się nie zorientował, że to była jego sprawka. Jego zasługa. Na szczęście, jak dotąd, nikt go nie zdemaskował!

Z tego nadludzkiego wysiłku Halbrand zemdlał, a kiedy jego czar opadł, Południowcy znaleźli go bezbronnego i nieprzytomnego i przywlekli do jednego ze swoich namiotów, by tam opatrywać jego rany. Wydawało im się, że w ten sposób ocalą mu życie. Śmiechu warte. Już Galadriela miała więcej rozumu.

- Potrzeba tu magii elfów – zawyrokowała i naturalnie miała w tej kwestii rację, choć nie wiedziała przecież o Halbrandzie wszystkiego.

Gdyby był śmiertelnikiem, Halbrand już by nie żył. A Galadriela powinna była się tego z łatwością domyślić – ale najwyraźniej troska o towarzysza i przyjaciela przyćmiła jej zwykle wyostrzone zmysły.

Niemniej było prawdą to, że elfy mogły mu pomóc. Proces samoleczenia był długotrwały i męczący – nawet dla potężnego Majara – i o wiele lepszym dla Halbranda rozwiązaniem było po prostu skorzystanie z jakiegoś zewnętrznego źródła mocy niż działanie na własną rękę. W tej trudnej sytuacji dodatkowy zastrzyk energii na pewno by mu nie zaszkodził.

Istniało oczywiście niewielkie ryzyko, że sprytni elficcy uzdrowiciele odkryją, kim tak naprawdę przyszło im się zajmować, ale… nawet gdyby udało im się pojąć jego prawdziwą naturę, niekoniecznie musieliby od razu rozpoznać w nim Mrocznego Lorda Saurona. Mógł być w końcu kimkolwiek innym. Halbrand był w stanie naprędce wymyślić jakąś wiarygodną historię i sprzedać im na przykład barwną opowieść o Majarze, Czarodzieju i Mędrcu, wysłanym do Śródziemia po to, by je uleczyć. I, co najlepsze, byłaby to po części prawda – Halbrand nie musiał wszakże nikomu mówić, że to nie Valarowie zlecili mu tę misję, lecz że to on sam obrał taką, a nie inną drogę.

Niewielu ze swoich decyzji Halbrand szczerze żałował, ale zadania sobie owej śmiertelnej dla człowieka rany kłutej – a i owszem. A później pożałował jeszcze tego, że przystał na pomysł Galadrieli i wyruszył wraz z nią w tym agonalnym stanie w podróż do Eregionu.

Przez większość czasu, jaki spędzili na konnej jeździe, Halbranda męczyła gorączka, miewał omamy, a na zakrętach czuł się tak, jakby całe jego życie przelatywało mu przed oczami – a że narodził się jeszcze przed przerwaniem pierwszej ciszy, to faktycznie było co pooglądać.

Sporadycznie robili postoje, głównie po to, aby ich konie odpoczęły. Sama Galadriela chciała gnać na złamanie karku, obawiając się, niebezpodstawnie zresztą, że każda chwila zwłoki przybliżała jej przyjaciela Halbranda do śmierci. Cóż, gdyby zabawili na tym gościńcu dłużej, niż powinni, Sauron i tak by przeżył, ale odbudowanie cielesnej formy zajęłoby mu trochę czasu, a i oczywiście nie mógłby nadal nosić twarzy tragicznie zmarłego Króla Krajów Południowych. To z kolei w znacznym stopniu pokrzyżowałoby jego plany, dlatego jego priorytetem w danej chwili było jedno: nie umierać. Halbrand musiał przetrwać całe to zamieszanie, bez względu cenę.

I aby osiągnąć ten cel, kiedy Galadriela nie patrzyła, zajęta uzupełnianiem zapasów wody, Halbrand ponownie skorzystał z czarnej magii i odebrał część życiodajnych sił pobliskiemu drzewu i siedzącym na jego gałęziach ptakom. Nie aż tyle, by je uśmiercić, bo mogłoby to wzbudzić poważne podejrzenia ze strony Galadrieli – wyssał z nich wyłącznie tyle energii, ile potrzebował, by kupić swojemu ludzkiemu ciału dzień albo dwa.

Jednocześnie Halbrand dobrze wiedział, że mógł i że powinien był zrobić sam dla siebie o wiele więcej, zamiast się ograniczać; że w tym momencie za bardzo polegał na Galadrieli i innych elfach i że pomyłka w tej materii mogła go słono kosztować. Z drugiej strony, szczególnie w tym stanie, Halbrand nie miał najmniejszej ochoty walczyć z Galadrielą, a nie miałby przecież innego wyjścia, gdyby ta nieoczekiwanie odkryła jego prawdziwą tożsamość… Gdyby jakoś się przed nią zdradził – na przykład posługując się przy niej nekromancją. Gdyby Galadriela rozpoznała w nim Saurona, wtedy Halbrand musiałby szybko ją do siebie przekonać albo ją zabić, bo w przeciwnym razie to ona zadźgałaby jego tym swoim ślicznym sztyletem. A wcale nie chciał krzywdzić Galadrieli – nie po to ocalił jej życie, nie po to odgrywał przed nią tę szopkę, żeby teraz zdecydować się na otwartą konfrontację. Galadriela mogła być jego i żeby ją zdobyć, Halbrand potrzebował wyłącznie czasu – i kradł ten czas, ukradkiem, najsprawniej, jak tylko umiał.

Paradoksalnie Halbrand nie miał zamiaru jeszcze się ujawniać, a zarazem – świadomie i całkowicie bezwiednie – robił wszystko, by zasugerować Galadrieli, kim był naprawdę. Być może robił to dlatego, że w głębi serca łaknął jej akceptacji i jakiegoś zapewnienia z jej strony, że nawet on mógł się zmienić. Halbrand nie zdawał sobie nawet sprawy z tego, jak bardzo potrzebował tych słów, które elfka wypowiedziała tuż po bitwie: uwolnij się od przeszłości, od tego wszystkiego… Poczuł wtedy ulgę… na krótki moment.

Tyle tylko że Galadriela nie miała pojęcia, że rozmawiała wówczas ze swoim wrogiem. I że teraz ratowała wroga, a nie przyjaciela. A może Halbrand równocześnie był dla niej jednym i drugim? I jeszcze kimś więcej…

Pozwolił sobie marzyć: o tej zuchwałej elfce, o jej dotyku, pocałunkach, bliskości. O więzi silniejszej niźli śmierć. Istniały na to odpowiednie zaklęcia, z całą pewnością. Halbrand mógłby jakieś z nich zaśpiewać… albo nie. Galadriela mogłaby je zaśpiewać, tak, mogliby zaśpiewać oboje…

I kiedy się zdrzemnął pod tym nieszczęsnym usychającym drzewem, jak mu się zdawało zaledwie na kilka minut, we śnie usłyszał cichy śpiew Galadrieli, niemal tak uroczy, jak wtedy, na numenorejskim statku… A później szokujące słowa:

- Łaska, którą mi dano, niechaj na niego spłynie. Oszczędź go. Ocal.

Halbrand natychmiast otworzył oczy i oprzytomniał.

- Z kim… Z kim rozmawiałaś? Galadrielo?

Nie planował posłużyć się aż tak ostrym tonem, a już z pewnością nie chciał, by w jego głosie dało się posłyszeć przerażenie.

- Prosiłam panią Vardę, aby dodała ci sił – wyjaśniła spokojnie Galadriela.

- Nie.

Halbrand odruchowo spojrzał w niebo, jakby spodziewał się tam ujrzeć lśniące oczy Królowej Gwiazd. Przeklęta Varda, której obawiał się sam Morgoth, miałaby tak łatwo się dowiedzieć, gdzie ukrywał się ostatni ze zbuntowanych Majarów, były porucznik armii Morgotha?

- Nie!

Galadriela zmarszczyła brwi i pokręciła głową. Na jej twarzy odmalowało się kompletne niezrozumienie.

- Znam Valarów – powiedziała – i być może… być może niekoniecznie chcą z nami teraz rozmawiać, ale myślę, że nas słuchają i czasem nas obserwują. I nawet jeśli nie reagują… no cóż, nic nie szkodziło spróbować.

- Co spróbować? – parsknął Halbrand. – Życie ci niemiłe? Słyszałem, co wyszeptałaś. Chcesz się podzielić posiadaną łaską? Aż tak wiele jej masz?

- Halbrandzie…

Wzdrygnął się, kiedy Galadriela chwyciła go za rękę.

- Gdybym tylko mogła oddać ci kilkanaście czy kilkadziesiąt lat mojego życia, bez wahania bym to zrobiła. Ale tego nie potrafię. Nie jestem nawet uzdrowicielką – w jej głosie pojawiła się gorycz. – Liczyłam na to, że moja pieśń wzruszy Królową Gwiazd i że to ona zdoła cię ocalić.

- Nikt nie zdoła...

- Nie mów w ten sposób!

Rozgniewał ją. Niecelowo.

- Dotrzemy do Eregionu – rzekła zapalczywie Galadriela. – Celebrimbor nam pomoże, jestem tego pewna. Nie umrzesz tutaj, Halbrandzie. Nie pozwolę na to.

Halbrand mógłby zanieść się teraz pustym śmiechem. Ta sama elfka, która z żądzy zemsty tropiła go od stuleci, zamierzała go uratować! I nie zdawała sobie z tego sprawy, że mogła w ten sposób narazić się Valarom jeszcze bardziej niż samym przyłączeniem się do tej głupiej wyprawy Fëanora.

Pewnie by się zaśmiał, gdyby to wszystko nie sprawiało mu aż tyle bólu.

- Wybacz mi – odparł Halbrand najzupełniej szczerze. – Zachowałem się niewłaściwie. Wiem, że chciałaś pomóc. Nie powinnaś winić się za to, że nam się nie udało…

Galadriela przerwała mu pospiesznym pocałunkiem. A kiedy odchyliła się na tyle, by spojrzeć mu głęboko w oczy, oświadczyła z niezachwianym przekonaniem:

- Uda nam się, Halbrandzie. Zaufaj mi.

I chciał jej wierzyć, jak skończony głupiec.

Series this work belongs to: