Work Text:
Igris wyjrzał przez wielkie okno w wymiarze pustki gdzie jego król utworzył swój wspaniały zamek służący mu za miejsce odpoczynku i ciszy, miejsce gdzie mógł pomyśleć i odprężyć się z dala od zgiełku ludzkiego świata który tak kochał. Do domeny jego władcy mieli dostęp nieliczni i tylko po otwarciu im odpowiednich wrót przez króla. Jego rodzina i partner.
Obecnie król cieszył się wolnym czasem na jednym z kamiennych wielkich tarasów razem ze swoją siostrą, partnerem oraz najlepszym przyjacielem. Gdzieś w posiadłości byli także rodzice króla oraz cała armia mogąca w tym świecie poruszać się bez najmniejszych problemów.
To w tym wymiarze przez eony wyczekiwał Wielki Marszałek z trzonem dawnej armii poprzedniego Monarchy Cieni. A teraz miejsce to całkowicie należy do obecnego Monarchy.
Igris zamyślił się patrząc na rozluźnioną twarz Króla Umarłych skierowaną na pana Woo Jin-Chula.
Po raz pierwszy spotkał go w przestrzeni stworzonej przez poprzedniego Władcę. Zadaniem Igrisa było przetestowanie człowieka który tam wkroczył. Poprzedni król powiedział że zadaniem Igrisa jest dowiedzenie się czy ten człowiek jest godny zostania jego nowym naczyniem. Już wtedy Igris wiedział że był to ostatni rozkaz wydany mu przez króla. Zrozumiał że będzie musiał się z nim pożegnać. Gdy jego dawny król wybaczył Władcą całkowicie stracił zainteresowanie wojną. A potem nagle zainteresował się zwyczajnym przeciętnym człowiekiem, ale Igris od razu wiedział że musiał mieć on ku temu dobry powód. Rozkaz króla zawsze był absolutny. Nigdy nie kwestionował jego intencji, mógł jedynie... Zgodzić się na wykonywanie rozkazów. Większość jego mocy została zapieczętowana a on dostał namiastkę ludzkiego ciała. Czekał cierpliwie dziesiątki, setki, tysiące lat. Eony. Przez cały czas nie kwestionował danego mu rozkazu, ale mimo tego czuł gorycz. Ból. Samotność. Brakowało mu towarzyszy broni. Nawet surowego zasadniczego Belliona. Gdy w końcu stanął w miejscu próby zdolności tego człowieka, w miejscu który ludzie nazywali podziemiem czuł się niespokojny. Wiedział że świat wiecznego snu jest potężny, ale przez cały ten czas ciężko było mu uwierzyć że odtworzył te samą sytuację tak perfekcyjnie. Nawet jego odczucia i emocje. Architekt użył mocy króla by stworzyć coś takiego. Architektowi naprawdę zależało, taka skrupulatność musi wykształcić ciało tamtego człowieka w naczynie, które zdoła pomieścić moc króla.
Siedział więc na pustym tronie i czekał cierpliwie gdy wyczuł obecność człowieka.
Poruszył się ze wstydem na wspomnienie głupiego strachu który czuł czekając na nieznanego sobie wtedy człowieka.
Siedząc na pustym zniszczonym kamiennym tronie bał się że wyjdzie na zbyt aroganckiego i lekceważącego. W końcu człowiek którego będzie testował posiada świadomość jego króla, jest ona uśpiona, a człowiek nie jest jej świadom, ale jednak.
Uznając że nie powinien zasiadać przed nim na tronie, miotał się po wielkiej sali nie wiedząc gdzie ma stanąć. W końcu schował się głupio za jednym z filarów obserwując człowieka wchodzącego w głąb komnaty. Wydawał się przeciętny i raczej mało przygotowany. Chodź Igris sam też nie do końca wiedział czego się spodziewał.
Nawet gdyby to nie było jego ostatnim zadanie od króla, nie zamierzał być pobłażliwy. Był gotów zabić tego człowieka gdyby nie okazał się on godzien. Tak zaczęła się ich bitwa, ale wynik był rozczarowujący. Początkowo ten człowiek nie posiadał ani talentu ani umiejętności by pokonać jego znacznie słabszą wersję z tak dawnej przeszłości. Ciągle tylko o włos unikał jego miecza, ale w końcu... Postanowił pokonać go gołymi pięściami? Człowiek wydawał się odważny, to pewne. Podobała mu się determinacja błyszcząca w tych ludzkich oczach, ale czy miał umiejętności by jej dorównać? Wtedy Igris w to całkowicie wątpił. Zgodził się wtedy na walkę bez broni ponieważ szanował jego determinację nawet jeśli uznał już wtedy że nie miał ciała godnego króla. Był w oczach Igrisa wielkim rozczarowaniem. Na to czekał tak długo? Jak ktoś tak słaby miał być naczyniem dla jego króla? Liczył że ten człowiek w końcu się podda. Ta determinacja bez umiejętności była niczym. Nie był godny tronu którego Igris strzegł przez tak długi czas.
Gdy bezwładne ciało tego człowieka padło na pusty tron Igris uznał ze to już koniec. Ale był mimo tego gotów zaszczycić go honorową śmiercią poprzez dekapitację. Chodź na tyle zasłużył ten człowiek, w końcu udało mu się tutaj dotrzeć. Pierwszy i ostatni raz czuł ulgę że jego król poległ. Bo jeśli ten człowiek nie był godny zostania naczyniem, oznaczało to, że król pozostanie Monarchą trochę dłużej. Mimo tego zasłużył tą marną namiastką walki na bezbolesną szybką śmierć.
Teraz widział że jego własna arogancja naprawdę go zaślepiła. Mylił się, nie zrozumiał co te żelazna determinacja w ludzkim spojrzeniu niosła ze sobą. Nie chodziło o fakt że zablokował jego miecz, zaskoczył go fakt że człowiek nie poddawał się do samego końca mimo złej sytuacji w jakiej się znalazł.
Igris dobrze pamiętał słowa które ten niepozorny człowiek wycedził przez zęby trzymając klingę jego miecza tak blisko przed swoją twarzą.
„Jeszcze nie przegrałem!”
Potem Igris poczuł ból od niepozornego sztyletu, a następnie zamroczony zapytał sam siebie, czy naprawdę przegra w taki sposób? Z człowiekiem słabszym od niego.
Wtedy gdy po raz ostatni w tym stanie spojrzał w te ludzkie oczy naszło go natchnienie. Że być może te oczy przypominały odrobinę jego króla.
A potem padł martwy.
Miał przetestować jego zdolności i sprawdzić czy jest godny. Wiedział że przewyższa go zdolnościami, zresztą ten człowiek tez był tego świadom. A mimo tego został pokonany. Ale może sprawdzenie czy jest godny nie całkowicie łączyło się z jego siłą...?
Może bycie godnym i bycie silniejszym nie musiało być w tym przypadku równoznaczne.
Czy w takim razie źle to zrozumiał?
Czy przegrał bo opuścił gardę? A może to cud stworzony przez nieugiętą determinację tego człowieka? Nie wiedział czy powinien być szczęśliwy gdyż jego król dokonał dobrego wyboru.
Potem gdy został przywołany ponownie przez głoś śmierci... Po tym jak ten człowiek go pokonał, stał się jego sługą... I był dla niego dobry.
Igris pamiętał pierwsze lekkie poklepanie po ramieniu i słowa które łechtały jego ego.
„Dobra robota”.
Szczerze mówiąc Igris był mu wiele razy wdzięczny z jego dobroć.
„Zdołamy porozmawiać gdy zdobędziesz poziom, prawda?”
Był jego panem... ale i przyjacielem oraz oparciem.
Toczyli razem wiele bitew a lojalność Igrisa rosła. Coraz rzadziej tęsknił za dawnym królem, mimo że był tego świadomy, i powoli zaakceptował nowego króla.
Potem pojawili się inni. Śmiesznie nieśmiały Kieł, dziecinny w swojej krwiożerczej naturze Beru, głupio porywczy Żelazny, bezczelny chodź zgorzkniały po zdradzie Kamish...
Po tym wszystkim oryginalna armia armia cieni czekająca na wezwanie, dołączyła do nich, a jego król stał się jeszcze potężniejszy. Wśród żołnierzy znajdował się jego dawny towarzysz broni Bellion.
Jednak radość ze zjednoczenia nie trwała długo. Koniec końców nawet lojalny i poważny Bellion znalazł się pod wpływem swojego głupiego towarzysza.
Hełm Igrisa na chwilę opadł gdy przypomniał sobie jedną z wielu niedorzecznie dziecinnych rozmów...
„ Hej, popatrzy na te czarną flagę... Nie uważasz że królowi spodobałoby się gdybyśmy włożyli ją na czubek pałacu?”
„Mówisz poważnie?”
Igris patrzył na rozmowę Belliona i Beru z boku stojąc koło wyraźnie rozbawionego Kamisha. Gdy Bellion pokonał Beru, cieszył się z jego porażki mając nadzieję że poważna surowa postawa nieco zmieni roztrzepanego Beru. Okazało się jednak że Bellion zyskał nico podejścia Beru ku przerażeniu Igrisa i całkowitemu rozbawieniu Kamisha.
Ta przerośnięta gadzina za bardzo cieszyła się chaosem i patrzeniem jak świat płonie. Świat albo w tym przypadku szeregi armii cienia. Metaforycznie oczywiście.
W końcu jednak użyli determinacji całej armii by walczyć w wojnie przeciwko Monarchom. Gdy król stał się lepszym wojownikiem cienie stawały się silniejsze.
Dopiero podczas pełno skalowej wojny zdał sobie sprawę...
„Igris! Byłeś jednym ze skrzydeł armii cieni! Nie wstydzisz się podążania za rozkazami Monarchy, który był zwykłym człowiekiem?!”
Gdy jeden z poruczników Władcy Bestii zadał mu to pytanie zdał sobie sprawę że zapomniał.
Był tak zaszczycony staniem u boku nowego króla że przestał myśleć o poprzednim. Nie wiedział kiedy to się stało, ale w pewnym momencie poprzedni król całkowicie zniknął z jego myśli.
Mimo to nie zapomniał o poprzednim królu. Nigdy. Po prostu jego uczucia i emocje zostały przeniesione z niego na obecnego króla.
Nie wiedział czy to coś złego, ale...
Przecież był rycerzem. Mieczem swojego mistrza. Jednym z dwóch skrzydeł które prowadziły armię cienia. Teraz to chyba Czterech... Beru jest jak zaraza ale to dobry żołnierz, nawet jeśli jest denerwującym owadem. A Kamish ze swoją mądrością i oddaniem był cenny sojusznikiem. Nawet jeśli zbyt często otwierał paszczę.
Jest rycerzem króla. Oraz jego mieczem. Pole bitwy króla jest również jego polem bitwy.
- Tutaj się ukrywasz!
Igris wyrwany z rozmyślań obejrzał się za siebie słysząc gderliwy głos Beru. Do komnaty weszli Bellion, Beru oraz Kieł. Szybko jednak wzrok Igrisa wrócił do szyby. U dołu dostrzegł że jego król wraz z bliskimi rozsiedli się na niektórych cieniach jak na wygodnych poduszkach. Kaisel, Tank i Kamish drzemali gdy czwórka ludzi siedziała na nich dyskutując o czymś.
- Rozmyślam. - Rzucił lakonicznie Igris przypatrując się jak jego król leży w połowie na Kaiselu a w połowie na swoim partnerze, który milcząco przypatruje się pozostałej rozmawiającej trójce. Dzięki temu niepozornemu zwykłemu człowiekowi udało im się pokonać króla smoków. Igris nie wątpił że ich król bez tej pomocy pozbyłby się Monarchy Zniszczenia, ale byłoby to znacznie trudniejsze. I możliwe że bardziej niebezpieczne.
Igris przyglądał się jak oczy w kolorze jasnego brązu błysnęły przez chwilę w bardzo nieludzki sposób. Oczy zabrane Monarsze Destrukcji które pozostają dziwnym łupem wojennym. Ten niepozorny człowiek pomógł zabić najpotężniejszego z Monarchów prócz samego Króla Umarłych, zabierając mu cząstkę mocy i smocze oczy z których był tak dumny.
Te same oczy które budziły śmiertelny lęk w każdym wymiarze jaki zniszczył, teraz patrzyły z ludzką ciepłą czułością na jego cennego króla. To było naprawdę ironiczne.
- Rozmyślasz tak już od kilku godzin. Na co ty w ogóle patrzysz?
Beru podszedł do okna przy którym stał Igris a gdy spojrzał na widok na który patrzył Igris zamilkł a jego czułki zadrgały lekko.
- Królowa matka robi obiad. Lada chwila zapewne wezwie kogoś z nas aby powiadomić resztę rodziny. - Kieł razem z Bellionem również podeszli bliżej patrząc na dziedziniec.
- Pokarm to naprawdę ciekawa koncepcja. - Przyznał zaskakująco lekko i leniwie jak na niego Bellion.
- Ah, tak. Jesteś jedynym który nie miał nigdy potrzeby jedzenia. - Kieł przekrzywił lekko głowę. - Zaskakująco przyjemna czynność.
- Mówisz tutaj o jedzeniu ludzi. - Zauważył delikatnie Igris odrywając wzrok od okna.
- Ludzie są całkiem smaczni. - Przyznał zawstydzony Beru. - Chodź też zależy którzy. Pamiętam smak wyjątkowo grubego prawnika. Nie był on rarytasem.
- Jedzenie ma przede wszystkim utrzymać przy życiu. - Zauważył pragmatycznie Bellion puszczając uwagę o jedzeniu ludzi mimo uszu. Chodź jedzenie ludzi było surowo zakazane przez ich króla, a sama myśl o jedzeniu tego samego gatunku za który uważał się ich Monarcha była obecnie dla żołnierzy raczej nieprzyjemna to wspomnienia większości żołnierzy nadal pozostały.
- Ludzie lubią gdy coś jest praktyczne i przyjemne. - Zauważył Igris rozsądnie w tym samym momencie gdy koło ich króla pojawił się wyjątkowo rozentuzjazmowany Żelazny mówiąc coś do króla który kiwnął głową przyjmując to z pobłażliwą litością. A następnie cała czwórką zaczęła wstawać ze swoich prowizorycznych siedzeń ku głośnemu niezadowoleniu Tanka który na pożegnanie polizał Yoo Jin-Ho, wiernego przyjaciela ich króla po twarzy.
- Miałem nadzieję że on się w końcu uspokoi. - Belion spojrzał ze zmęczonym zrezygnowaniem na Żelaznego który znów powiedział coś ich królowi i wrócił do twierdzy.
- Nie liczyłby na to. On jeszcze za życia był... trudny. Tego już nic nie zmieni. - Igris przypomniał sobie jak wbił miecz w pierś aroganckiego i głupiego łowcy rangi A który do szpiku kości gardzić jego królem.
- Jest bardzo oddany. - Stwierdził pojednawczo Kieł, ze swoim miękkim sercem. Jak krwiożercy sadystyczny ork szaman mógł przejść taką metamorfozę do dziś Igris nie jest w stanie tego zrozumieć.
- I głupi jak but. - Kłapną żuwaczkami Beru.
- Stara się. - Stwierdził Kieł najwyraźniej nie zamierzając ustąpić.
- Marszałku Beru, nie powinieneś być tak dziecinny. - Zauważył Igris przywołując swój miecz. - Szkolenie żołnierzy na mnie czeka.
Nie mówiąc nic więcej kiwnął całej trójce głową i wyszedł z pomieszczenia. Może i nie ma tutaj zgiełku ludzi, ale jest armia cienia a oni również potrafią być głośni.
Mimo to Igris naprawdę cieszył się że nie jest już sam.
Ogromna przestrzeń stanowiąca dom dla blisko dziesięciu tysięcy żołnierzy cieni. Żyjących tam ze sobą w harmonii. Plac treningowy mogący zmieścić całą armię, pracownia krasnoludów, mrowisko, obszar treningów magicznych, kopalnia, dzielnica handlowa, strefa odpoczynku pośrodku której stoi ogromny zamek pełen obwarowań. Siedziba Monarchy Cieni i serce tego miejsca.
Żołnierze są mocno połączeni z umysłem króla, im jest potężniejszy tym bardziej żołnierze się rozwijają. Wcześniej żyli po to by niszczyć, ale teraz o wiele bardziej przypominają ludzi. Doświadczają emocji, to bardzo orzeźwiające zwarzywszy że ich serca wcześniej były puste i zimne. Żołnierze uczą się, śpią, trenują, rozmawiają, czy krzyczą na siebie gotowi do bójki. Każdy żołnierz to unikalna osobowość prowadząca tutaj swoje życie.
Każdy tutaj jest bardzo wdzięczny królowi za przedstawienie tego nowego pięknego miejsca o którym nikt z nich do tej pory nawet nie marzył.
Mimo zgiełku i szumów Igris bardzo się cieszę, że nie jest sam już.
