Actions

Work Header

Z Tobą pójdę po wodzie

Summary:

Adamczycha doświadcza końca świata - Jezus ponownie schodzi na ziemię. Jakub nie mógłby być szczęśliwszy.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

W dniu końca świata Adamczycha wyglądała jak zwykle (to znaczy, o krok od apokalipsy.) Ale nie można było oprzeć się wrażeniu, że w tą marcową, zabłoconą sobotę wydarzy się coś więcej.
Widoczne z okna pokoju Jakuba chłopskie dzieci wydawały się nieco bardziej umierające, z podwórza dochodziły ciężkie do opisania jęki rozpaczy, a światło słoneczne było zdecydowanie bardziej oślepiające niż być powinno.
I wszystkie te czynniki niezwykle przeszkadzały klęczącemu Jakubowi w przedstawianiu Bogu listy żądań, pieszczotliwie nazywanej modlitwą.
– Zaraz wrócimy do naszych negocjacji, Panie Boże – rzucił na odchodnym. Wstał, otrzepał sutannę, poprawił krzyż, po czym udał się w stronę okna, aby zganić wrzeszczących chłopów za zakłócanie spokoju. Teraz skończy się jedynie na słowach, ale za to wieczorem przypomni im, jak należy się zachowywać.
Zresztą… to mało prawdopodobne, żeby Jan Paweł zerwał się o wczesnej godzinie porannej jedynie po to, żeby bić ich cepem. Jasne, rozrywka przednia, ale dobry sen zawsze był dla ojca priorytetem.
Jednak gdy Jakub miał zamiar wyjrzeć na zewnątrz, w twarz uderzyło go słońce.
A raczej postać obleczona w słońce, podejrzanie przypominająca Mariana…

Ach.
To przecież Jezus.
Jezus Chrystus, który przyszedł ponownie na ziemię, aby sądzić ludzkość.

To wyjaśniałoby krzyki chłopów. Pewnie smażą się w ogniu piekielnym, karani za te wszystkie herezje głoszone za życia i za oszustwa przy oddawaniu pańszczyzny. Najwyższy czas! Pan policzy ich za każdy grosik, którego nie oddali Jakubo– to znaczy, na służbę Kościołowi.
Ach, ale dosyć marzeń… Jezus pewnie czeka na wpuszczenie do środka, na usłyszenie od swojego sługi, co działo się na ziemi pod jego nieobecność.
– Och, em, Panie… Przepraszam Cię najserdeczniej, ale nie byłem przygotowany na Twoje przyjście akurat teraz. W sensie… byłem, jak najbardziej, lecz nie na to, że będziesz lewitował tuż przed moim oknem.
Jezus jedynie uśmiechnął się promiennie i bez problemu wszedł przez ścianę dworku do sypialni Jakuba.
Na samą myśl, że to właśnie Zbawiciel, nie żaden fałszywy prorok, nie żaden przypadkowy mężczyzna znajduje się w jego sypialni, Jakub był o krok od zawrotu głowy. Odruchowo przysunął Jezusowi fotel i kiwnął na znak, żeby się w nim umościł. Wyglądał w nim idealnie: krystalicznie biała szata gustownie ułożyła się na nogach Jezusa. Niesamowitego zaszczytu doznał ten fotel. Gdyby tylko Chrystus zechciał usiąść na twa–
– Dziękuję, mój synu za tak godne przyjęcie – odezwał się. Tembr jego głosu wywołał ciarki na plecach księdza.
– To nic takiego. Robię jedynie to, co do mnie należy, jako do prawdziwego katolika. Obawiam się, że gdybyś trafił, Jezu, na kogokolwiek innego z mojej rodziny, mocno byś się zawiódł. Mogę… Mogę kazać przygotować Ci coś do jedzenia. Tylko jeśli któryś ze sług pozostał przy życiu, oczywiście.
– Nie, nie potrzeba. Usiądź obok mnie. Chciałbym dowiedzieć się, jak sprawuje się moja ziemska dziatwa.
Jakub poczuł się lepiej z faktem, że Chrystus przestał zwracać się do niego per “synu”. Było w tym coś niekomfortowego. Ach, być na ty z samym Bogiem…
– Oczywiście! – Ksiądz nie zdecydował się na siedzenie obok Jezusa, zamiast tego przechadzając się w te i wewte po pokoju. – Muszę powiedzieć, że sytuacja jest dramatycznie zła… Pozostało niewielu ludzi dobrej woli, takich jak ja. Dzień i noc błagam Boga Ojca o pomyślność dla Polski, sumiennie wykonuję swoją pracę, a nawet pozbyłem się fałszywego proroka… Antychrysta! Tak, to z pewnością był Antychryst! Od razu po tym wydarzeniu domyśliłem się, że koniec świata jest blisko – zerknął ukradkiem na reakcję rozmówcy, oczekując na spojrzenie pełne podziwu, jednak Jezus ciągle miał ten sam, łagodny wyraz twarzy. – Mniejsza o to… Wracając, obawiam się, że gdyby nie ja, cały ten folwark popadłby w ruinę. Wszyscy chłopi są pełni lenistwa, które próbuję z nich… Próbuję im wyjaśniać każdego dnia, że obijanie się podczas dni pańczyźnianych to ogromny grzech. Za to mój ojciec – westchnął teatralnie – jest zwolennikiem bicia ich cepem, co niweczy całą moją ciężką pracę!
– Mój sługo Jakubie – to wyrażenie o wiele bardziej spodobało się księdzu – Widzę, że jesteś człowiekiem pełnym miłości do mnie, godnym dostąpienia Królestwa Niebieskiego…
– Chwila! Czy… czy możemy jeszcze chwilkę porozmawiać? Tak tutaj, na ziemi. W moim pokoju. Sypialni. Proszę.
Rychła śmierć wcale nie uśmiechała się Jakubowi. Przecież w niebie będzie… No na pewno ktoś oprócz niego. A Jezus nie będzie poświęcał mu całej swojej wieczności. Chyba. Z tego co kojarzył, Bóg ma jeszcze szatana do pokonania, a to może trochę zająć…
– Niestety, ale mam wiele dusz do osądzenia, ale jeśli tylko zechcesz, możemy udać się na podwórze Adamczychy razem.
Jakub przystał na tą propozycję z zbyt dużą ekscytacją. Co jak co, ale obserwowanie grzeszników dostających, to na co zasłużyli zapowiada się na bardzo dobrze spędzony czas.
W mgnieniu oka znaleźli się wśród zawodzących chłopów. Widocznie Jezus ma moce teleportowania siebie i innych ludzi.
Widok był godny pożałowania – ludzie leżeli w kałużach pełnych błota… Chwila, a czy oni nie mieli się smażyć w piekle?
– Tak, taki był wstępny zamysł, ale doszedłem do wniosku, że uznają to za bardziej dotkliwą karę – odezwał się Jezus.
– Zrobiłbym dokładnie tak samo. A jeśli już tu jesteśmy, to mogę Ci pokazać miejsce, gdzie utopiłem tego Antychrysta! – zawołał Jakub, po czym złapał Chrystusa za dłoń. Droga była niedaleka, ale ciepło skóry drugiego mężczyzny sprawiało, że ksiądz nie mógł skupić się na prowadzeniu. Co chwila przyłapywał się na… pragnieniu czegoś więcej.

W końcu, oboje usiedli na końcu kładki, po której tamtego pamiętnego dnia biegł Marian, żeby się utopić. Przynajmniej tak jak chciał, został zwolniony z pańszczyzny na zawsze.
– To było tutaj – rozpoczął ksiądz – Tu, na środku jeziora został stracony Antychryst.
Podczas swojej barwnej opowieści, Jakub miał na końcu języka jedno, bardzo ważne pytanie dotyczące pragnienia, które właściwie od zawsze nie dawało mu spokoju.
– Czy moglibyśmy razem pójść po wodzie?
Z bijącym sercem oczekiwał na odpowiedź. Wiedział, że będzie ona twierdząca, bo Jezus by mu tego nie odmówił, ale pomimo tego, w jego sercu zaczęło kiełkować ziarno niepewności.
– Przejdziemy całe jezioro wszerz – mówił dalej, jakby chciał Go przekonać – i gdy uda mi się wyjść z tego bez szwanku, będzie to największy dowód mojej niczym niezmąconej miłości.
Jezus wstał.
Wyciągnął w jego stronę dłoń.
– Chodź ze mną – powiedział.
Jakubowi aż zaschło w gardle. Przełknął ślinę, po czym mocnym, męskim uściskiem złapał Jego rękę.
Pierwszy krok był najgorszy, ale zarazem najlepszy. Podniecenie, które dotąd chował w sobie, osiągnęło zenit. Wrażenie było nieziemskie, zupełnie jakby Jakub przeżywał teraz fantastyczny sen.
Sen…
Nagle, jakby z zaświatów doszedł do niego znajomy głos.
– Jakubie? Synu!
Czyżby jego matka, stanąwszy przed Sądem Ostatecznym błagała go o wstawiennictwo?
– Synu! Obudź się.
Jakub poczuł, jak dłoń Jezusa wymyka się mu i pochłaniają go zdradliwe wody adamczewskiego jeziora.
I wtedy, gdy był już pewien, że Jezus na pewno jest zawiedziony jego brakiem wiary, momentem zwątpienia, marząc o tym, w jaki sposób Zbawca wymierzy mu karę, nagle, jakby zza mgły ukazała mu się Zofia Adamczewska, cała na czarno, stojąca nad jego łóżkiem.
– Nareszcie. – Jej twarz złagodniała. – Obawiałam się, że będę musiała sama leżeć krzyżem w salonie.

Notes:

leżenie krzyżem to canon family bonding adamczewskich imo