Actions

Work Header

prosecutor's puzzle; larry stylinson

Summary:

─ wanting him was never enough, it was so much stronger than staying away from him

Harry wpada na starszego mężczyznę przed klubem, nie będąc świadomym, że znalazł to czego mu przez dwadzieścia dwa lata życia brakowało.

[warning: age gap, trauma, politic, sexual intercourse, vulgar language]

Chapter Text

W klubie było duszno. Ludzie kleili się od potu, a jego odór wymieszany z alkoholem działał zdecydowanie negatywnie na zamroczony alkoholem umysł Harry'ego. Czuł się lekko wstawiony, jednak nie na tyle, aby nie przeszkadzała mu klubowa woń. Gdzieś w tłumie już dawno zgubił Nialla, nie przejmując się jednak tym, nadal tańczył wesoło na parkiecie. Uwielbiał dać się ponieść muzyce, nawet jeśli robił to sam, ponieważ czuł się w tym bardzo dobrze i najczęściej dzięki temu wyrywał kogoś, aby postawił mu drinka. Nie mógł narzekać na powodzenia u obu płci, ponieważ zarówno kobiety jak i mężczyżni byli nim zainteresowani, jednak on nimi przeważnie nie był. Czekał na kogoś, kto zawróci mu w głowie, przewróci jego świat do góry nogami i sprawi, że poczuje pieprzone motyle w brzuchu. Na tą jedyną osobę, która będzie mu przeznaczona. Może za bardzo polegał na pustym romantyzmie, który w obliczu standardów dwudziestego pierwszego wieku był nic nie warty. Jednak nie dla niego. Ślepo wierzył, że kiedyś znajdzie kogoś z kim przyjdzie mu dzielić wszystkie troski i smutki oraz zostanie obdarzony ciepłem miłości. Obecnie pogrążył się w tańcu, czując się wolny od zmartwień dnia codziennego, obracał się, manewrował unikając bliskiego kontaktu z pozostałymi imprezowiczami. Klub zawsze był idealnym miejscem do wyszalenia się, szczególnie po zdanej sesji na morderczo ciężkich studiach prawniczych.

Młody Styles nie wybrał ich z własnego wyboru, a z powodu zawodu ojca, który od kilku lat pełnił funkcję prokuratora generalnego Stanów Zjednoczonych i pragnął, aby jego jedyny syn przejął po nim urząd. Z resztą to nie tak jakby miał jakiś inny plan na swoją przyszłość. Uwielbiał co prawda fotografować oraz śpiewać, jednak nie miał odpowiedniego zaplecza, aby przebić się w tak specyficzniej dziedzinie jaką jest branża muzyczna. Nie mógł pozwolić sobie na życie wiecznie nastoletnimi mrzonkami o zostaniu popularnym piosenkarzem, musiał brać odpowiedzialność za swoje życie. Szczególnie jeśli planował całkowicie się usamodzielnić w najbliższym czasie. Również nie chciał zawieść oczekiwań rodziców o perfekcyjnym synu prokuratorze. Studia prawnicze nie okazały się dla niego tak trudne jak śmiał przypuszczać po skończeniu liceum, co przemawiało korzystnie na kontynuacje nauki. Harry był inteligentny i szybko łączył fakty, co było bardzo pomocną cechą charakteru na jego studiach, jak i na codzień. Jednak jego życie było w jakimś sensie nie pełne i takie nie jego własne. Jakby przeżywał większość dni, a nie prawdziwie czerpał korzyści ze wszystkiego co otrzymał od życia. To nie tak, że nie był wdzięczny za poświęcenie ojca i życie w dobrobycie cały okres jego egzystencji, jednak zawsze odczuwał bolesny brak. Desmond był częściej poza domem niż w nim, a Harry na dobrą sprawę ledwo pamiętał kiedy ostatni raz ojciec zapytał o jego samopoczucie. Albo kiedy rozmawiali od serca. Matka również nie była zbyt obecna w jego życiu, zajęta sprawowaniem funkcji reprezentacyjnej ich rodziny, spotkaniami z koleżankami czy chodzeniem z mężem na przyjęcia pracowników Parlamentu.

Na szczęście w jego życiu od zawsze był Niall. Mieszkali od dziecka na jednej ulicy, a przyjaciółmi byli od momentu, gdy potrafili mówić. Horan miał wyrazisty, irlandzki akcent, mimo iż w Irlandii spędził jedynie pierwsze dwa lata swojego życia. Blondyn przekonywał przyjaciela, że to irlandzka krew płynąca w jego żyłach odpowiada za swobodny akcent. Niall był głośny, chaotyczny, promieniował zawsze szczęściem i potrafił poprawić Harry'emu w każdym momencie humor. To właśnie on był powiernikiem wszystkich sekretów Stylesa, jego rozterek i problemów. Jest niczym jasny promyczek słońca w nudnym życiu Harry'ego. Niall studiował z nim na tej samej uczelni biznes, jednak w głębi duszy był również oddanym i niespełnionym muzykiem jak brunet. Chłopcy czasami urządzali sobie wspólne sesje śpiewania czy amatorskiego pisania piosenek. Również Horan jako pierwszy z otoczenia bruneta dowiedział się o jego orientacji. Nie, żeby wcześniej nie podejrzewał, tak jak to powiedział młodszemu, gdy wreszcie ten odważył się zrobić coming out. To dowodziło jedynie jak bardzo blisko ze sobą byli i jak dobrze znali siebie nawzajem. Ich duet był nie do pokonania, tak jak dzisiaj podczas piątkowego wieczoru w klubie. Tańczyli, wygłupiali się, flirtowali z nieznajomymi wyłudzając darmowe drinki, jedynie dla zabawy.

Waszyngton zawsze był głośny i zatłoczony, nie miało znaczenia czy była to czwarta po południu czy czwarta rano. Ulice były hałaśliwe, zatłoczone autami i ludźmi. Dochodziła dwudziesta trzecia, a przedmieścia tętniły nocnym życiem, wręcz miasto dopiero budziło się, gotowe na rozpoczęcie następnego, szalonego weekendu. Przed klubem kręciło się mnóstwo ludzi, ale brunet nie zwracał na nich zbytecznej uwagi, nie szukał nikogo na noc w przeciwieństwie do większość osób obecnych w tym miejscu. Nie był w tym celu, choć może nadal nie jest na tyle wstawiony, aby celebrować rozpoczęcie przerwy między semestrami. Brunet szukał sobie ustronnego miejsca do zapalenia papierosa, mimo iż nie palił nałogowo, w tym momencie czuł potrzebę zaciągnięcia się nikotyną. Alkohol robił swoje. Gdy dotarł na parking zauważył pomiędzy nic nie znaczącymi pijanymi ludźmi, sylwetkę mężczyzny, który zdecydowanie nie pasował do charakteru klubu. Zbyt elegenacki. Harry z daleka widział jego nienaganny czarny płaszcz, sięgający niemal kostek nieznajomego. Stał on w pobliżu dużego, sportowego auta, które było zdecydowanie w guście Stylesa i zdecydowanie wydawał się warty uwagi. Pchnięty ciekawością i procentami, nie wiele myśląc, postanowił ruszyć w jego kierunku. Po drodze zauważył, że mężczyzna nie stał bezczynnie, a palił papierosa, na co wskazywała otoczka dymu. Ha, teraz miał idealny pretekst do zagajenia rozmowy.

— Każdy papieros skraca życie o siedem minut. — powiedział niewiele myśląc Harry, licząc, że mężczyzna podłapie zaczepkę i nie wygłupi się w jego mniemaniu. Przecież wystarczy, że jest atraktyjny, mężczyzni są łatwi i myślą zerojedynkowo, także nie powinno być to trudne?

Może nie był to najlepszy tekst na podryw, ale młody Styles był znany ze swojej nieudolności na tej płaszczyźnie; wszyscy jego znajomi wiedzieli, że jego żarty są okropne, a śmiać się mogli jedynie z naiwności Harry'ego, który wierzył w ich świetność. Jednak wszystkie jego ofiary poddawały się urokowi loczków i czystej niewinności wypisanej na twarzy. Harry zdawał sobie sprawę ze swojej atrakcyjności i bardzo dobrze potrafił wykorzystać ją do swoich celów.

— A seks wydłuża je o piętnaście. — odparł nieznajomy, mocnym, głębokim głosem z brytyjskim akcentem, odwracając się w stronę Stylesa, prawdopodobnie nie spodziewając się dostrzec tak młodej osoby, co ułamek sekundy później potwierdziło wymalowane zaskoczenie na jego twarzy.

Młodszy z kolei, zdecydowanie nie był przygotowany dostrzec najpiękniejszego mężczyznę jakiego kiedykolwiek widział w swoim życiu. Ten stojący przed nim definitywnie owym był. Piękna, lecz chłodna, pozbawiona emocji twarz, na której widniał kilkudniowy zarost, dodawał mu lat, jednak Harry nie był w stanie oszacować ile mężczyzna mógł mieć wiosen na karku. Jego twarz była idealna w każdym calu, bez żadnej, nawet minimalnej skazy. Wąskie, blade usta, wydawały się tak niewinne jak i ostre jednocześnie. I były cholernie pociągające i gotowe do pocałunków. Gdyby Harry był bardziej wstawiony, na pewno teraz złączyłby ich wargi nie patrząc na konsekwencje. Usta mężczyzny rozciągały się w kpiącym półuśmiechu, a od całej jego postawy biła niezwykła pewność siebie, co czyniło go tylko atrakcyjniejszym. Miał mały nosek, który według Harry'ego był uroczy, lekko zadarty jak u mitycznego, greckiego boga. Apollo mógł mu pozazdrościć urody. — pomyślał. Jego oczy były w odcieniu chłodnego oceanu i to w nich Harry przepadł. Nigdy nie widział intensywniejszej barwy tęczòwki oka. Błyszczały one w słabym świetle latarni, prawdopodobnie wskazywały na rozbawienie szatyna. Brwi miał lekko uniesione, jakby był zdziwiony, czego Styles akurat od niego chce. Brunet walczył ze sobą, chcąc oderwać się od napastliwego obczajania mężczyzny, jednak miał za mało silnej woli.

— Widzisz coś co Ci się podoba dzieciaku?

Harry był skończony w chwili, kiedy tembr głosu dorosłego spowodował, że ciarki podniecenia przebiegły po jego kręgosłupie. Rozszerzył w szoku oczy i otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

— Potrzebujesz coś konkretnego młody człowieku, czy jedynie zaczepiasz nieznajomych oklepanymi tekstami? — kontynuował szatyn, przybierając jeszcze bardziej kpiący wyraz twarzy.

To wyrywało Harry'ego z własnej bańki, w której utknął za bardzo zajęty podziwianiem drugiego mężczyzny. Nie miał w intencjach zniechęcenia starszego do swojej osoby, szczególnie nie teraz kiedy zobaczył jego twarz.

— Tak się składa, że lubię rozmawiać z nieznajomymi, często mają interesujące rzeczy do powiedzenia. — odparł, starając się brzmieć tak grzecznie i czarująco jak to tylko było możliwe.

— Ah tak? — sarknął szatyn, wywracając oczami i zaciągając się nikotyną. — Jesteśmy pewni siebie, czyż nie...

— Harry.

To chyba zaszokowało ich obu, ale starszy nie dał po sobie tego poznać, mimo to jak na dżentelmena przystało wyciągnął dłoń w stronę lokowanego chłopca. Dłonie mężczyzny były chłodne w porównaniu z tymi należącymi do Harry'ego, jednak były zadbane i gładkie. Brunet był w stanie przysiąc, że poczuł iskierkę elektryczności, gdy powierzchnie ich skór otarły się o siebie nawzajem.

— Miło Cię poznać, Harry. — powiedział przeciągając ostatnią sylabę. — Louis.

Louis. Louis. Obijało się echem w jego głowie. To było oczywiście, że ten mężczyzna tak perfekcyjnie wyglądał, to imię będzie miał równie adekwatne i niezwykłe.

— Francuskie imię? A może korzenie? Podoba mi się. — zaryzykował Harry, dużo pewniej, znając imię rozmówcy.

Starszy zmrużył oczy w rozbawieniu, na ułamek sekundy rozluźniając mięśnie twarzy, jakby chciał się uśmiechnąć, co jednak nie nastąpiło. Zamiast tego przysunął się dwa kroki w stronę Harry'ego. Chłopak instynktownie cofnął się do tyłu wpadając na zimną ścianę klubu. Ręka Louisa wylądowała szybko kilka milimetrów od głowy Stylesa, odcinając mu tym samym drogę ucieczki. Oddech młodszemu przyśpieszył, a oczy rozszerzyły się z przerażenia i podniecenia. Nie znał intencji mężczyzny, ale z dziwnego powodu nie obawiał się tego co miało nadejść. Nachylił głowę w stronę szatyna, zmniejszając dystans miedzy nimi. Doskonale czuł ciężką wodę kolońską Louisa, tytoń i jego nierównomierny oddech na twarzy.

— Dam Ci dobrą radę, kochanie. — wyszeptał mu wprost do ucha Tomlinson, owiewając je ciepłym podmuchem. — Nie przystawiaj się do każdego przystojnego mężczyzny, którego upatrzysz sobie za cel, bo kiedyś natrafisz na takiego, co będzie zapragnie zrobić Ci krzywdę, a nie zasługujesz na coś takiego. Uważaj na siebie Harry, nie każdy mężczyzna jest dobry. Nie możesz być tak ufny wobec nieznajomych oraz chodzić i zaczepiać ich do woli.

Zimne ciarki przebiegły mu po plecach. Mózg Harry'ego nie zarejestrował, kiedy starszy odsunął się od jego ciała, zabierając ze sobą całe ciepło i zostawiając go w głębokim szoku opartego o ścianę klubu. Liczył na pocałunek, liczył na to, że udało mu się okręcić starszego dookoła palca jak to zazwyczaj działało na wszystkich facetów do tej pory. Czemu tym razem jego flirt zawiodł?

— Oh... — żałosny jęk zawodu opuścił jego usta, zanim zdążył go powstrzymać.

Był zawstydzony swoją porażką przed tym przystojnym mężczyzną. Najwidoczniej był w jego oczach nic nieznaczącym podlotkiem, albo był on co gorsza hetero. Jednak nie został Harry zwyzywany co raczej było charakterystyczne dla samców alfa, bojących się homoseksualnych chłopców. A szatyn nie wyglądał na przerażonego czy zdegustowanego. Wyglądał na pierwszy rzut oka jakby nic się nie stało, jednak zdradzały go iskierki w błękitnych tęczówkach. Czasami Styles nienawidził się za delikatną urodę, bo może akurat został uznany za młodszego niż faktycznie był. Musiał odwrócić ich uwagę od tej niezręcznej sytuacji.

— Um... a czy mógłbyś użyczyć mi ognia? — spytał cicho, nie podnosząc wzroku z obawy przed zdradzeniem swoich czerwonych policzków.

Mężczyzna odchrząknął znacząco, przeczyszczając gardło.

— Nie powinieneś palić, dzieciaku. — rzekł sucho, jednak posłusznie wyciągnął zapalniczkę z kieszeni płaszcza.

Odebrał oferowany przedmiot, podpalił używkę i zaciągnął się nikotyną. Przy oddawaniu zapalniczki właścicielowi ich opuszki palców ponownie zetknęły się ze sobą w praktycznie motylim dotyku, ale Harry ledwo się powstrzymał od zagarnięcia dłoni Louisa w splątany uścisk. Odrzucił od siebie ten pomysł, nie potrzebował robić z siebie dziwniejszego niż na jakiego wypadł do tej pory. Zauważył srebrny zegarek na jego nadgarstku oraz kilka tatuaży na palcach. Było to dziwnym kontrastem dla eleganckiego ubioru i sposobu bycia. Może szatyn był faktycznie typem spod ciemnej gwiazdy, a nie przystojnym biznesmanem? Zdecydowanie Harry powinien bardziej kontrolować siebie pod wypływem alkoholu i nie zaczepiać nieznajomych.

Styles stał i zamyśleniu palił papierosa, próbując wymyślić cokolwiek co pozwoli mu zatrzymać tego interesującego mężczyznę przy sobie chociaż do końca dzisiejszej nocy. Chciał go. Powinna przeraża go myśl, że prawdopodobnie szatyn był dużo starszy od niego, jednak o dziwo nie czuł nic takiego. Dziwna siła przyciągała go do nieznajomego. Louis był czymś innym, nie zdążyła mu się nigdy taka sama sytuacja jak z nim. Pozwolił sobie podnieść wzrok na mężczyznę. Błękitnie tęczówki były wbite w niego, perfidnie skanując jego ciało. Harry powinien czuć się niezręcznie z tym wręcz napastliwym spojrzeniem szatyna utkwionym w jego sylwetkę, jednak o dziwo tak nie było. Ośmielony oddał spojrzenie, wręcz rzucając wyzwanie starszemu.

— Hazza!! Zostaw gorącego tatusia w spokoju, poromansujecie innym razem, dzisiaj musimy wracać się bawić, stary! — wykrzyknął Niall, pojawiając się z nikąd, tym samym przerywając dłużącą się ciszę między starszym a nastolatkiem.

Młodszy odskoczył wręcz jak porażony do tyłu, słysząc głos przyjaciela. Harry zmieszał się, a jego policzki pokrył ciemnoróżowy rumieniec. Zgasił niedopałek butem, po czym zrobił płochliwy krok oddalając się od szatyna. Odczuwał respekt przed starszym mężczyzną i za nic nie chciał, aby drugi postrzegał go jako niewychowanego dzieciaka. Czuł potrzebę zaimponowania mu i zdobycia jego szacunku.

— Wybacz mi. — szepnął cicho, ostatni raz skanując sylwetkę mężczyzny. — Do widzenia.

Lekko skinął głową w jego stronę i nie odwracając się już więcej w jego stronę, zostawił mężczyznę samego. Nadal zażenowany przegraną potyczką słowną, wycofał się wbrew własnej woli, która wręcz krzyczała aby został przy Louisie, nie czekając na jego odpowiedź. Pragnął pozostać, poznać mężczyznę, dowiedzieć się o nim więcej, zmusił się aby pokonać tą dziwną potrzebę. Tłumaczył sobie, ze to tylko kolejny nic nieznaczący nieznajomy. Czuł jego palące spojrzenie na swoich plecach do czasu, aż nie dotarł do wnętrza klubu.

— Dobranoc...— mruknął Tomlinson. — Harry.

Ciche słowa zawisły w powietrzu, a Louis rozkoszował się jak dobrze imię młodszego brzmiało w jego ustach. Jednak chłopak nie był w stanie już tego usłyszeć, ponieważ obaj nastolatkowie zniknęli z powrotem w głośnym klubie. Szatyn poprawił płoty czarnego płaszcza, po czym ruszył w stronę samochodu i odjechał, udając, że tamta sytuacja nie miała miejsca. A tęskne uczucie w jego piersi było tylko złudzeniem.

Miesiąc później, kiedy Harry zdążył nacieszyć się zdaną sesją, był zmuszony finalnie wrócić do starego trybu uczęszczania na zajęcia i powrotu do rutyny. Dzisiaj wypadał jego pierwszy dzień nowego semestru i już czuł się wykończony. Studia prawnicze wymagały zdecydowanie więcej zaangażowania niż zakładał. Mimo, iż nie miał problemu z zapamiętanie się materiału na kolejne zajęcia, ponieważ praktykował systematyczne powtarzanie po każdej lekcji. Jednak to wymagało czasu, a tego mu brakowało, przez co był zmęczony. Nie pamiętał kiedy ani jak podczas semestru znajdował czas na zwykle, małe rzeczy, które poprawiały mu humor. Od początku wiedział, że nie będzie to najłatwiejszy kierunek jaki mógł wybrać, ale niestety nie miał zbytniego wyboru. Jego życie było z góry zaplanowane praktycznie co do joty przez Anne i Desmonda. A on nie miał ochoty protestować. Było mu to poniekąd na rękę; dopóki nie był w stanie sam się utrzymywać miał zamiar udawać, że realizuje się zgodnie z marzeniami rodziców, a nie swoimi własnymi.

Dzięki uprzejmości ojca posiadał apartament kilka minut od kampusu, co było prezentem z okazji ukończenia pierwszego roku. Przyzwyczaił się, że jego ojciec wypełniał brak swojej obecności w jego życiu pieniędzmi.

Niall często przesiadywał z nim w mieszkaniu, o ile nie miał pracy lub nie widywał się z jakąś dziewczyną. Odkąd sięgał pamięcią Niall miał trudności z utrzymaniem związku dłużej niż trzy miesiące, dlatego też nie trapił się potrzebą zapamiętywania imion obecnych randek przyjaciela.

Jednak dzisiaj Horan był w pracy do późnych godzin, to też brunet był zmuszony wracać do domu sam. Wyszedł jak zawsze przez główny budynek uczelni, kierując się tą samą drogą prowadzącą do jego apartamentu. Po kampusie kręciło się mnóstwo uczniów, pomimo siedemnastej godziny. Słuchawki w jego uszach zagłuszały zgiełk panujący dookoła niego. Akurat słuchał The Chain od Fleetwood Mac, gdy poczuł ostre szarpnięcie za ramię. Podniosł wzrok z nad telefonu i zamarł. Został otoczony przez trzech umięśnionych mężczyzn, ubranych w kominiarki i czarne bejsbolówki. Nie wyglądali jakby brakowało im pieniędzy. Nie zabrali mu jeszcze jego torby z Gucci, ani nie wyrwali Iphona z ręki lub też airpodsów z uszów. Dobrze wiedział, że on sam nikomu nigdy nie zawadził, jednak jeśli to nie była napaść rabunkowa, musiało to mieć związek z jego ojcem. Doskonale zdawał sobie sprawę jakim typem spraw zajmował się Desmond. Sam studiował prawo, wiedział, że to nie przelewki. Ręce zaczęły mu drżeć ze strachu. Jakimś cudem udało mu się wyłączyć muzykę dosłownie chwile przed kolejnym atakiem ze strony napastników. Został boleśnie pchnięty na ziemię. Zatoczył się, tracąc równowagę i upadając boleśnie na tyłek, tłukąc go sobie zapewne jak i dolną część pleców. Zapomniany telefon wypadł mu z ręki i upadł na chodnik kilka metrów dalej, zapewne tłukąc swój ekran.

— Czego chcecie? — wychrypiał.

Cała trójka jak na zawołanie zarechotała obrzydliwie. Harry poczuł się niepewnie. Znał dobrze ten typ człowieka; brali co chcieli i nie zważali na konsekwencje.

— Chcemy, aby Twój stary przestał mieszać się w nie swoje sprawy. Węszy za bardzo. Pakuje się tam gdzie nie trzeba. Na następnych wyborach ma go nie być na liście startowej, rozumiesz, bachorze? — warknął jeden z nich.

Harry prychnął wściekle. Jakby jego ojciec miał posłuchać. Jemu również kolejna kadencja ojca nie była na rękę. Podniosł się ostrożnie na łokciach i spojrzał na oprawców.

— Jakbym miał jakikolwiek wpływ na jego decyzję. — odparł prosto, co było dużym błędem. Życie było mu chyba nie miłe, bo odrazu pożałował wypowiedzenia tych słów, jak otrzymał mocnego sierpowego w prawy policzek. Jego głowa gwałtownie odskoczyła w bok z powodu siły uderzenia.

— Nie pyskuj smarkaczu.

Nie zdążył nic więcej powiedzieć, bo potem były już tylko uderzenia z każdej strony. Upadł na zimny chodnik, zwijając się w sobie, próbując złagodzić ciosy napastników. Był kopany i okładany pięściami. Bolało go niemiłosiernie całe ciało.

— Przekaż tatuśkowi, że to ostrzeżenie przed startem w kolejnych wyborach. Niech spróbuje kandydować, a nie skończy się tylko na małych siniakach, Styles. — zaśmiał się bez humoru chłopak w kominiarce.

Harry rozpaczliwie próbował złapać dech powietrza w płuca, jednak paliły one go wewnętrznym ogniem. Oczy miał pełne łez, a powieki zaczynały mu coraz bardziej ciążyć. A potem była już tylko ciemność.

* * *

Przedostanie się przez zatłoczone w godzinach szczytu ulice Waszyngtonu graniczyło z cudem, jednak Tomlinson był zdeterminowany, aby osiągąć swój cel. Jest już grubo po godzinach jego standardowego wymiaru pracy, ale przez lata wykonywania zawodu nauczył się godzić z ilością nieludzkich nadgodzin. Z resztą nie miał nikogo komu by to przeszkadzało; mieszkał sam, jego reszta rodziny żyła na innym kontynencie, a on posiadał jedynie pracę. Opcjonalnie wyjścia ze znajomymi. Nigdy nie miał problemów z nawiązywaniem kontaktów, dlatego od początku pracy w Parlamencie zrzeszył sobie grupkę dobrych znajomych. Od przybycia do Stanów z Wielkiej Brytanii, dążył do zostania jednym z najmłodszych prokuratorów generalnych w historii kraju. Zależało mu na zmianie przestarzałego myślenia starców w parlamencie amerykańskim, w którym niestety w większości zasiadali ludzie, w jego skromnej opinii, nie zdolni do prowadzenia swojej funkcji. Przynajmniej kompetentnie. Ponad pięćdziesięcioletni mężczyźni, mało co mogli wiedzieć na temat obecnych potrzeb społeczeństwa i młodych ludzi. Tak też wylądował w obecnej sytuacji; po standardowym wymiarze godzin pracy, poirytowany brakiem nawet przerwy na lunch w dniu dzisiejszym, na nogach od godziny szóstej, stojąc w korku w zatłoczonym centrum. Dostał wezwanie od przełożonego Stylesa, że ma się stawić do przesłuchania jego syna, który rzekomo został pobity do nieprzytomności pod szkołą do której uczęszczał. Nie uśmiechało mu się niańczenie czyjegoś rozwydrzonego dziecka, jednak jeśli to miało później pomóc mu w objęciu stanowiska Desmonda i miał dostać sowite wynagrodzenie, to nie miał zamiaru narzekać. 

Wchodzi do szpitala pewnie, kierując się odrazu znaną drogą do Izby Przyjęć. Przez ostatnie lata przyszło mu nader często przesłuchiwać osoby po wypadkach akurat w tej placówce. Automatycznie skierował się do recepcji budynku. Amerykańskie szpitalne znacznie różniły się od tych, które znał w Anglii. Tutaj dominowała prywatna opieka zdrowotna, a służba publiczna była raczej na dość niskim standardzie. Dlatego uważał, że syn prokuratora Stylesa miał dużo szczęścia, iż w ogóle trafił do szpitala, a nie został pozostawiony sam sobie na zimnej ulicy. Był środek zimy, toteż miałby marne szanse, aby przeżyć.

— Szukam syna Desmonda Stylesa, gdzie go znajdę? — pyta recepcjonistkę, szczędząc sobie wymiany grzeczności.

Kobieta posyła mu znudzone spojrzenie spod kwadratowych okularów, marszcząc czoło, prawdopodobnie z powodu rozpoznania nazwiska prokuratora.

— Kim Pan jest dla poszkodowanego?

— Współpracuję z jego ojcem, przysłał mnie do przesłuchania dzieciaka oraz zabrania go do domu. Czy mam się wylegitymować? — spytał ostrzej niż zamierzał, ale jednak zmęczenie całego dnia powoli go dopadało. Znał doskonale procedury, jednak zawsze irytowało go powtarzanie ich za każdym, osobnym razem.

Kobieta pokręciła twierdząco głową, po czym wystukała coś na klawiaturze komputera. — Poproszę Pana legitymację, Panie...

— Tomlinson. — podał kobiecie dokument, niecierpliwie podrygując stopą w oczekiwaniu na jego zwrot.

Przez chwilę studiowała treść legitymacji.

— W porządku. Może Pan zabrać pacjenta ze szpitala. — odparła, oddając mu plakietkę.

Rudowłosa wróciła do swoich zajęć ignorując Tomlinsona stojącego nadal przy ladzie recepcji.  — Coś jeszcze Pan potrzebuje?

— Nie muszę podpisać zaświadczenia o odbiorze nieletniego?

— Nie. Pan Styles jest już pełnoletni, Panie Tomlinson.

Zmarszczył brwi, dziwnie zmieszany. Był niemal pewny, że został wysłany po nieletniego. Nie marnując więcej czasu odwrócił się napięcie po czym skierował się do miejsca wskazanego przez pielęgniarkę. Przemierza labirynt jasnych korytarzy, śmierdzących sterylną chemią. Dusi w sobie tlące uczucie, przypominające mu o czasach, kiedy szpital był jego drugim domem. Kilka lat temu spędzał każdą wolną chwilę w małym szpitalu w Sheffield. Jednak to była przeszłość, a wspomnienia nadal bolesne, nie ważne jak bardzo wypychał je ze swojego umysłu. Nie miał co się nad tym rozżalać, nie ważne jak bardzo tęsknił każdego dnia za matką. Jay była cudowną kobietą i zdecydowanie za szybko została zabrana przez nowotwór złośliwy z tego świata. Louis zawsze uważał, że powinien on być na miejscu matki. Osierociła sześcioro dzieci, a jego rodzeństwo zasłużyło na posiadanie matki obecnej w ich życiu. Jednak żywotność była ulotna, tak jak wszystko na tym świecie. Tomlinson pogrążył się w pracy po jej śmierci, rozpieszczając rodzeństwo do rozpuku, jednocześnie pragnąc dla nich jak najlepszej przyszłości. Zabezpieczał finanse dla każdego z nich na kontach bankowych.

Dociera do odpowiedniego oddziału niecałe pięć minut później. Zdecydowanie pchnął metalowe drzwi, po czym wszedł do zaciemnionego pomieszczenia. Nawet z tej odległości doskonale rozpoznał tą burzę loków i delikatną twarz, która teraz jest pokryta fioletowymi siniakami. Nad łukiem brwiowym widnieje rozcięcie, tak jak na policzku. Jednak nadal jest tak samo piękny jak miesiąc temu, nawet oszpecony ranami, nie odbierają mu one anielskiego wyglądu. Fala współczucia i wspomnień zalewa ciało Louisa. Zielone oczy lądują na jego sylwetce odrazu jak tylko szatyn przekracza próg pomieszczenia. Louis widzi po jego gwałtownej zmianie zachowania, że jest speszony i na pewno go rozpoznał. W życiu nie podejrzewałby, że synem jego przełożonego okaże się ten piękny chłopak spod klubu. Nie pozwala, aby chwilowy szok był widoczny na jego twarzy.

— Witaj, Harry.

I jeśli brunet liczył, że mężczyzna nie pamięta ich dziwnego spotkania w pewną styczniową noc, to teraz wszystkie jego nadzieje rozpłynęły się jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki. Znowu usłyszał ten głęboki, idealny głos. Tyle nocy śnił o ponownym spotkaniu mężczyzny, a teraz on stał przy jego szpitalnym łóżku jako prokurator współpracujący z jego ojcem. Jakimś cudem na dodatek mężczyzna zapamiętał jego imię. Cóż za ironia losu.

— Dzień dobry. — odparł grzecznie, licząc na opanowany głos, jednak był niemal pewien, że się zająknął.

Policzki go piekły niemiłosiernie. Był niemal pewien, że jego twarz przypominała kolorem dojrzałego pomidora. Loki opadły mu na twarz.

— Miesiąc temu byłeś bardziej śmiały, kochanie. Co się zmieniło?

Harry wciągnął powietrze ze głośnym świstem. Kochanie. Mężczyzna jego marzeń nazwał go kochaniem w kompletnie niezobowiązującej rozmowie. Jednak musiał oprzytomnieć. Louis pracował z jego ojcem, co już było złym znakiem. Musiał być nadętym bucem jak wszyscy pracujący w parlamencie prokuratorzy. Nie było innej opcji, nikt kto babrał się w polityce nie był dobry. Nie wierzył w swoje własne nieszczęście. Obiekt jego westchnień, obecny w jego umyśle przez cały miesiąc od ich pierwszego spotkania, stał przed nim i okazuje się nie tak idealny jak zakładał. Jednak nadal jest piękny jak Apollo. A może nawet piękniejszy. Ale Harry dobrze znał politykę i prawo; nikt tam nie miał dobrych intencji. Dlatego nie mógł pozwolić Louisowi sobą pomiatać jak to robił jego własny ojciec.

— Cóż a ty nie mówiłeś, że pracujesz z moim ojcem. — odchrząknął znacząco, przerywając dłużącą się ciszę pomiędzy nimi.

Louis uniósł brwi w rozbawieniu.

— Z tego co mnie pamięć nie myli, to mało rozmawialiśmy tamtego wieczora, a wyjawianie mojego miejsca pracy jakiemuś dzieciakowi raczej nie przysporzyłoby mi dobrej reputacji. — powiedział. — Szczególnie jeśli ten dzieciak dość wyraźnie mnie podrywał.

Jeśli Harry wcześniej czuł się zażenowany, to teraz ten poziom osiągnął apogeum. Starszy wyraźnie sobie z nim pogrywał i nie traktował go poważnie. Nie podobało mu się to. Nie był dzieciakiem, którego można było traktować protekcjonalnie.

— Nie musisz sobie ze mnie kpić, Louis. Nie mam na to humoru. — odparł sucho, poprawiając się na niewygodnym łóżku. Niemal jęknął czując jak jakiś metalowy pręt wżyna mu się w posiniaczone plecy.

— O, jednak pamiętasz moje imię, młody. Dobrze się składa, bo spędzisz trochę czasu w moim towarzystwie, a niezręcznie byłoby mi się drugi raz przestawiać.

Ich wręcz infantylna wymiana zdań została przerwana przez wtargnięcie lekarza do sali. Lekko siwy mężczyzna, ubrany w nieskazitelnie biały kitel skinął głową w pierw w stronę Louisa, potem powtórzył gest do Harry'ego.

— Witam, Panie Styles, jak się Pan czuje? — spytał profesjonalnym głosem.

— Dobrze. — mruknął ochryple. — Kiedy mogę opuścić to miejsce, doktorze?

— Zbadam Pana i przedstawię Panu mój werdykt, dobrze?

Harry skinął głową, pozwalając doktorowi na wykonanie swojej pracy. Louis stał pod ścianą i od niechcenia przyglądał się jak lekarz uciska brzuch poszkodowanego. Zdusił w sobie sapnięcie na widok zadziwiającej ilości tatuaży, które pokrywały ciało młodszego. Z tej odległości nie widział ich wyraźnie, z racji siniaków, jednak był pewien, że są gorące, tak jak cały brunet. Powinien zachować chłodny profesjonalizm, skarcił sam siebie szatyn.

— Potrzebuję jeszcze Pana numer SSN (Social Security Number –odpowiednik peselu w USA), nie został on uzupełniony, gdy Pan przybył do placówki.

Styles z trudnością podniósł się do pozycji półsiedzącej, po czym wyciągnął rękę i próbował dosięgnąć dłonią swojej torebki. Bez oczekiwanego rezultatu.

— Harry, pozwól. — odparł miękko Tomlinson, kierując się do torby, pozostawionej niedbale na krześle obok szpitalnego łóżka. Starszy nie chciał zbytnio naruszać przestrzeni osobistej bruneta, jednak chłopak nadal cierpiał z powodu obrażeń odniesionych kilka godzin temu. Otworzył torebkę i po paru sekundach odnalazł portfel z dokumentami.

— Mogę? — szepnął, patrząc wprost na Stylesa. Chłopak skinął niemo głową w geście zgody.

Podał odpowiednie dane lekarzowi, po czym jakby nigdy nic odłożył na swoje miejsce.

— Może Pan zabrać swojego chłopaka już do domu, nie widzę przeciwskazań co do tego, jednak... — kontynuował niezrażony dalej, nie zwracając uwagi na dziwną wymianę spojrzeń między pozostałą dwójką. — ...radziłbym zgłosić zaistniałą sytuację odpowiednim służbom. Cała dokumentacja medyczna jest do Pana, jak i policji dyspozycji. Proszę uważać na siebie oraz pilnować się zaleceń wypisanych na recepcie. Również proszę nie przekraczać zaleconej dawki leków przeciwbólowych w ciągu doby. Wrazie nietypowych objawów, odrazu proszę udać się do szpitala lub dzwonić na pogotowie. To wszystko. Życzę szybkiego powrotu do pełni sił. — powiedział, po czym żegnając się, opuścił pomieszczenie.

Żaden z nich się nie ruszył, jednak kiedy cisza ze strony młodszego zaczynała się niepokojąco przedłużać, Louis postanowił wyrwać chłopaka z natłoku przemyśleń.

— Czas wracać do domu, no chyba, że wolisz szpitalne łóżka. — sarknął Tomlinson, gdy Harry nie zareagował na słowa doktora.

— Mhm, tak jasne.

Chłopak dość niemrawo podniósł się z łóżka, nadal odczuwając ból w plecach pomimo obecności w jego organizmie środków przeciwbólowych. Ma wrażenie, że każda komórka została oznaczona pięściami napastników. Sięgnął po płaszcz wiszący na oparciu krzesła stojącego przy szpitalnej komodzie. Szukał szalika, jednak na próżno. Ręce mu drżały przy każdym ruchu.

— Prawdopodobnie powinien Cię przesłuchać, jednak chyba jesteś nadal roztrzęsiony? Oraz zmęczony. — spytał Louis, spoglądając na niego z ukosa.

Harry odwraca gwałtownie głowę w jego kierunku i mruży nieufnie oczy.

— Przesłuchać? Czemu ty? — wypala.

— Ponieważ... — zaakcentował mocno, a Harry był już teraz pewien, że mężczyzna jest Brytyjczykiem. — Twój ojciec nie może tego zrobić przez konflikt interesów; jesteś jego synem, nie byłby obiektywny. A po drugie zostało mi to przydzielone zadanie, a wiedz, że zawsze wywiązuję się że swoich obowiązków w pracy.

Harry przewraca oczami poirytowany, a Louis posyła mu nienawistne spojrzenie. Nie lubi być lekceważony.

— Wątpię, że ojciec traktował by mnie inaczej podczas przesłuchania, nie masz się czym martwić. — prychnął młodszy, nagle zdenerwowany obecnością podwładnego ojca.

Odwraca się plecami od prokuratora, pakując ze złością ocalałe zeszyty i pobity telefon do czarnej torby. Kiedy skończył, spogląda na zamyślonego Louisa. Odchrząka znacząco.

— Mam zamiar wyjść. Mogłby Pan się przesunąć? — sili się na uprzejmość.

Na usta Louisa wpełza chytry uśmieszek.

— Znowu jesteśmy na per Pan, Panie Styles? — sarknął szatyn. — Wracasz ze mną, nie pozwolę Ci iść w takim stanie na piechotę do domu albo co gorsza tułać się komunikacją miejską.

Definitywnie Harry nie mógł się zgodzić na kolejne żałosne próby jego ojca o pokazaniu mu, że się o niego troszczy i ma nad nim pełną kontrolę. Gdzie on w takim razie teraz był?! W parlamencie zapewne, a nie z nim w szpitalu, do którego trafił przez jego cholerną pracę.

— Nie jestem księżniczką w opałach, Panie Tomlinson. Odwożenie mnie nie należy do Pana obowiązków.

Chciał wyminąć Tomlinsona, jednak mimo, iż ten był o głowę niższy od niego i definitywnie nie pozwalał mu na opuszczenie pomieszczenia.

— Jeśli załagodzi Ci to wyrzuty sumienia, iż będę dłużej poza własnym domem niż zazwyczaj, to możemy zadzwonić ponownie do Twojego ojca i zapytać czy mam robić za Twoją taksówkę, Harry. Oboje znamy odpowiedź na to pytanie, więc oszczędź nam zachodu.

Z góry był na przegranej pozycji. Westchnął cierpniczo głową, pozwalając wziąć zmęczeniu wygrać z jego upartością i nienawiścią do zachowania ojca.

— W porządku.

— Cieszę się, że przemówiłem Ci do rozsądku, dzieciaku. Zdecydowanie wolę Twoją potulną wersję niż takiego rozwścieczałego kotka. — odpowiada, a wokół jego oczu pojawiają się kurze łapki, co Harry uważa za cholernie urocze, nawet pomimo słów Tomlinsona.

Harry mruży oczy na ten bezczelny przytyk, ale dzięki temu wpada na pewną teorię; szatyn nie może być, aż tak dużo starszy od niego, skoro nie ma jeszcze mózgu wypranego etykietą parlamentarną i sztywnym, senatorskim zachowaniem.

— Zaraz zmienię zdanie. — burknął Harry, jednak bez przekonania.

— Nie zmienisz. — odparł pewnie Tomlinson, biorąc rzeczy Harry'ego, tym razem bez pytania go o zgodę. Ruszył korytarzem, nawet nie odwracając się, aby sprawdzić czy młody Styles podąża za nim.

Wychodzą tą samą drogą, która przybył Tomlinson. Styles jest lekko otumaniony i stara się nadążać za żwawym krokiem starszego, jednak pomimo długich nóg, ból jest silniejszy i zdecydowanie mu tego nie ułatwia. Jednak udaje mu się nie zgubić szatyna aż do samego parkingu. Postać Louisa znika mu nagle gdzieś pomiędzy samochodami.

— Louis? — wykrzykuje niepewnie, stojąc po środku parkingu, nie wiedząc co ze sobą począć.

Na jego szczęście mężczyzna usłyszał jego głos i podniósł rękę w zapraszającym geście. Stał kilkanaście metrów dalej, opierając się o całkowicie inne auto niż miał tamtej styczniowej nocy, co się pierwszy raz spotkali. Brunet podchodząc do samochodu, zauważył, że wszystkie jego rzeczy zostały już tam odłożone.

— Wsiadaj. W końcu masz okazje się przejechać. Czyż nie tego chciałeś ostatnim razem? — mówi szatyn wyrywając Harry'ego z własnych myśli.

Tak, chciałem, ale niekoniecznie tak.
Jednak nie wypowiada tego na głos, a jedynie wzrusza ramionami, przez co wydaje syk z bólu. Wsiada posłusznie do samochodu, lekko onieśmielony szarmanckim zachowaniem Louisa i otworzeniem drzwi dla niego. Prawdopodobnie nie powinien zachowywać się jak nieśmiała dziewica w otoczeniu starszego mężczyzny, jednak cóż dosłownie i w przenośni, był nią. Wydukał cicho adres, a prokurator jedynie skinął głową na znak, że rozumie. Bez słowa włączył się do ruchu. Droga mijała im w komfortowej ciszy; żaden nie kwapił się włączyć radia. Harry oparł obolą głowę o zimną szybę auta, która chociaż w jakimś stopniu uśmierzała jej ból. Podziwiał zatłoczone ulice Waszyngtonu.

— Musimy umówić się na przesłuchanie.

— Co? — odparł nieprzytomnie, wyrwany z półsnu.

O dziwo, czuł się bezpiecznie w aucie Tomlinsona i nie miał oporów przez przymknięciem powiek. Albo to przeżycia dnia dzisiejszego wymęczyły go doszczętnie.

— Muszę Cię przesłuchać, spisać protokół i dostarczyć Twojemu ojcu. Przydało by się dopaść tych zwyroli, co Cię tak urządzili, kochanie. — powiedział miękko, a po ciele Harry'ego ponownie rozlało się przyjemne ciepło.

— Oh, okej, ale nie wiem czy to coś da, bo byli ubrani w kominiarki.

Louis chrząknął. — Opowiesz mi wszystko. Może być jutro? Przyjadę z rana do Twojego mieszkania, może być?

Brunet skinął jedynie głową – nie miał siły ani chętni protestować czy się kłócić. Dobrze wiedział, że im szybciej to załatwi tym łatwiej będzie mu się odciąć od ojca i jego pracowników. Choć nie był tak pewny, czy chce udawać, że nigdy nie poznał Louisa. Z resztą również chciał uniknąć powtórki z rozrywki. Wyciągnął komórkę, aby napisać sms do Nialla. Chłopak pewnie dawno skończył pracę i czeka na niego w mieszkaniu bruneta. Wszedł w konwersację z blondynem, miał kilkanaście nieodczytanych wiadomości.

Będę za pięć minut.

Odpowiedź przyszła niemal odrazu.

Lepiej, abyś miał dobre wytłumaczenie.

Oj, mam Niall, nawet nie uwierzysz.– pomyślał, ale zablokował telefon i spojrzał na Tomlinsona. Mężczyzna był skupiony na prowadzeniu. Z pozycji pasażera miał idealny wzgląd na ostrą linie szczęki szatyna. Przełknął głośno ślinę, która nagle nagromadziła się w mu w buzi wraz z falą gorąca. Wbrew sobie odwrócił wzrok ponownie skupiając się na nijakich budynkach śmigających mu za rogiem. Chwilę później znaleźli się na osiedlu, gdzie znajdowało się mieszkanie Harry'ego.

— Uważaj na siebie, dzieciaku. — mówi na pożegnanie Tomlinson, zanim jeszcze Harry opuszcza auto.

— Będę. — odpiera. — Dziękuję za powózkę.

Szatyn skina mu uprzejmie głową. Styles wychodzi z auta znów z dziwnym poczuciem żalu rozłąki z starszym. Gdyby wierzył w przeznaczenie, nie mógłby oprzeć się wrażeniu, że ich ponowne spotkanie nie było przypadkowe. Jednak w nie nie wierzy. Kątem oka zauważa, że Tomlinson czeka, aż nie wejdzie do budynku. Uśmiecha się lekko do siebie.