Work Text:
Zapadał zmierzch. Ostatni przyjazny dom od wschodu otoczony był skałą przez co słońce prawie nigdy tu nie zaglądało. Zmieniało się to dopiero gdy późnym popołudniem nie przedzierało się od strony zachodniej, pomiędzy uliczkami miasta. Zapuszczało wtedy swoje pomarańczowe promienie w głąb okien budynku. Ozdobne meble, stare dywany, niezbyt udane obrazy, zapachy przygotowywanej kolacji, pokrzykiwania dzieci, wszystko zostawało pozłocone, niczym kiczowate wyobrażenia bóstw na auriwskich ołtarzach.
Ledwo Kierat sklecił to skojarzenie, kątem oka dostrzegł swoje odbicie w lustrze. W tej chwili on również był taką właśnie rzeźbą. Niebieskawa szarość jego łusek połyskiwała na żółto i czerwono, tak że jego przekrwione oko wydawało się niemal zupełnie na miejscu.
-Ładne mamy okoliczności
Usłyszał nagle za sobą. Z trudem powstrzymał chęć podskoczenia na krześle z przestrachu, skrzywił się tylko nieznacznie, zaraz też spojrzał przez ramię.
W drzwiach stał Giuseppe. W jednej łapce ściskał grupy plik pożółkłych papierów, w drugiej wyszczerbiony dzbanek z kawą.
-Bardziej nadają się do poezji niż do tego… Cokolwiek tam znajdziemy
Zgodził się ichten, próbując zatuszować swój przestrach. Mówiąc, wskazał na trzymane przez rattera notatki.
Tamten jednak nie zwracał już na niego większej uwagi, stawiając na stole dwie filiżanki, wyjęte chyba z kieszeni płaszcza, oraz rozkładając znalezione przez nich pradawne teksty tam, gdzie chwile wcześniej ktoś grał w pokera i chlapał whisky.
-Od czego chcemy zacząć?
Zapytał Giuseppe, choć było to czysto retoryczne, bo już wciskał nos w jedną z kartek.
Mówił po comtersku. Niby nic, ale gdy to robił, jego głos stawał się zupełnie pozbawiony teatralnego akcentu i dało się usłyszeć znacznie więcej autentycznego entuzjazmu.
Kierat chciałby go mieć chociaż w połowie tak dużo, bo obecnie oczy mu się kleiły. Złapał inną kartkę, pierwszą z brzegu, by przestudiować ją pospiesznie.
-Ale blob miał pismo
Wymamrotał, mrużąc oczy nad rozlazłymi, wybujałymi literami.
-Blob?
Powtórzył szczur z drugiego końca stołu. Odpowiedziało mu tylko nieprzekonane wzruszenie ramion, a jako, że nie był w nastroju by naciskać, rozmowa umarła śmiercią naturalną i bezbolesną.
Przez chwile pracowali wśród szelestu kartek, przerywanego skrzypieniem piór i sączeniem kawy.
Złocenia wokół zaczęły powoli blaknąć, cienie wydłużyły się, a potem zniknęły w ogóle, wtapiając się w półmrok wieczoru.
Kierat miał niejasne wrażenie że w którymś momencie Giuseppe zaczął przyświecać im płomykiem na swoich palcach.
Bo, rzecz jasna, “przez chwile” zmieniło się w kilka godzin.
Niektóre pliki były ze sobą pozszywane, inne latały luźno. Obejmowały nudnawe dni z życia niezadowolonego megalomana, opisy spartaczonych zaklęć, miejskich legend którym autor dawał za dużo wiary, oraz- z jakiegoś powodu- przepis na pizze.
Żadna z tych rzeczy nie była zbyt satysfakcjonująca.
A jednak ichten czuł się przez te prace w jakiś sposób wciągnięty. Może to jej monotonia, może powrót do znajomego języka, może skojarzenia z pracą sekretarza, a może wszystko na raz. Dawała mu ona poczucie komfortu.
Było ono na tyle duże, że zaczynał już przysypiać nad kolejną, skrupulatnie przepisywaną kolacją maga, podczas której odbył wielce niesatysfakcjonującą rozmowę, gdy nagle coś mocno trzasnęło o stół.
Wyrwany z swojego świata podniósł głowę. Pierwszym, co zanotował było to, jak dużo zdążył już przepisać- gruba sterta pokryta świeżym atramentem zerkała na niego z jego lewej.
Drugim było, jak ciemno jest w pokoju. Jedynie dłoń Giuseppe robiła za pochodnie, dając akurat na tyle blasku, by mógł przyjrzeć się powierzchni stołu, a i ta była jakaś rozedrgana, jakby kształty nie mogły się do końca zdecydować, jakie są i gdzie się znajdują.
Dopiero jako trzecią dostrzegł minę rattera. I to, w co ten się wpatrywał.
Miał przed sobą gruby plik, zszyty trochę niezgrabnie, ale na pewno solidnie. Ze swojego miejsca Kiert nie widział tytułu, nachylił się więc nieco, marszcząc brwi.
-Coś ciekawego?
Spytał.
Szczur nie odpowiedział, tylko z roztargnieniem sięgnął po stojące na najbliższej komodzie świece i podpalił je machnięciem ręki.
Zrobiło się nieco jaśniej. Dopiero w tym nowym blasku futrzaste, poparzone łapy pchnęły w jego stronę wolumin.
-Zgaduje, że znajdziesz tam siebie
Poinformował Giuseppe, opadające na swoje krzesło (musiał bowiem wstać, by sięgnąć książką na drugi koniec stołu).
Zdezorientowany ichten złapał podany mu tekst.
Na okładce nie było nic, ciężko zresztą było nazwać to okładką, była to kartka miękka jak wszystkie inne, po prostu tak się jej zdarzyło, że wylądowała na przedzie.
Wiedzony naglącą ciekawością i dziwnym niepokojem odchylił ją, by ujrzeć listę imion. Ciągnęły się całymi stronami, które zaczął wertować, jedna po drugiej. Przyglądał i przeglądał i miał wrażenie, że tekst powinien być dużo grubszy, że plik podany mu, nie miał prawa zmieścić tego wszystkiego.
Szybko można się było zorientować w logice tej rozpiski. Po lewej znajdowało się jedno imię, a po prawej drugie. Były tak zapisywane kolumnami, po dwie na stronę, przypominając tym trochę jakiś stary, sakralny tekst.
Kolejną rzeczą jaką zaobserwował było, że imię po lewej to imię zmyślone, a po prawej- prawdziwe. Te po lewej prawie zawsze wyglądały, jakby zapisano je świeższym atramentem, wcale nie tak dawno temu często też pozbawione były nazwiska, czasami stanowiąc sobą zlepek liter nie funkcjonujący nawet jako imię. Te po prawej zaś miały już w większości swoje lata, zdążyły nieco wyblaknąć, przetrzeć się. Wszystkie były comterskie oraz kompletne- imię, czasem i drugie czy trzecie- a potem nazwisko.
-Co to jest?
Zapytał, podnosząc wreszcie wzrok na swojego towarzysza. Odpowiedziało mu bardzo znajome, melancholijne, a przede wszystkim irytujące westchnienie.
-Chyba jednak trafiliśmy na poezje. Albo przynajmniej tytuł by temu można nadać poetycki
-To wspaniale, ale wolałbym, żebyś przeszedł do rzeczy
Zapadła chwila ciszy w której słychać było trzaskanie ognia na dłoni szczura.
-Nie jestem pewien. Lista tych którzy przetrwali katastrofę? Albo tych, którzy jakoś na niej zyskali?- zamiklł na chwile, zapewne świadomy, jak niewiele sensu mają jego słowa- Najlepsze co mi się nasuwa to słowo "zdrajcy", ale jest chyba trochę zbyt konkretne. Zreszta sam zobacz, pewnie znajdziesz jakieś znajome imiona
Kierat chwycił się papieru jak tonący brzytwy, natychmiast wlepiając oczy w każdą z czytanych stron.
Musiało gdzieś tu być, gdzie jeśli nie tu, w tej ewidentnie magicznej księdze.
Jego imię. Dowód jego winy. Prawdziwy dowód. Kto był zdrajcą Comterium, jeśli nie on? Zasłużył sobie, żeby się tu zapisać, naprawdę się tu zapisać.
I po raz pierwszy od bardzo dawna nie czuł z tego powodu niczego, poza najszczerszą, najdzikszą radością.
Pierwszego znalazł Carmine.
Carmine Costa- widniało, pismem samego aurelianina. Staranne, lekko pochylone, praktycznie niezmienione przez dwadzieścia minionych lat.
Po lewej i po prawej napis był identyczny, co tylko potwierdzało teorie, że jedno z pokazujących się imion musi być autentyczne.
Błyszczące oczy ichtena ześlizgnęły się linijkę niżej.
Słyszał trzask ognia Giuseppe, słyszał swój oddech i bicie swojego serca.
Kierat/Kurant/Kajak-
Poczuł, jak wszystko zamiera.
Po prawej stronie jego zmyślonych mian widniała czerwona smuga. Długa do końca kolumny, w odcieniu krzepnącej krwi, wykonana jakby zamaszystym ruchem palca.
Nic nie było spod niej widać, nic nie prześwitywało na drugą stronę kartki. Trzęsącymi się dłońmi złapał jedną z świec, ale przybliżenie płomienie nic nie dało, czerwień pozostała po prostu czerwienią.
Nie.
Pomyślał.
Proszę, Królowo. Nie
Ale mimo bliskości jej ołtarza, mimo, że ponoć miał być jej wybrańcem, mimo, że błagał rozpaczliwej, niż kiedykolwiek wcześniej- odpowiedziało mu milczenie.
Zaczął pocierać papier, próbował przypomnieć sobie modlitwę, rytuał, cokolwiek, cokolwiek co mogłoby mu pozwolić zobaczyć imię dawniej widniejące pod tą czerwoną plamą.
Był tak blisko. Bliżej niż kiedykolwiek, bliżej, niż podczas rozmowy z Carmine, bliżej, niż w swoich snach.
I tylko cienka warstwa czerwieni, mniejsza od papieru, delikatniejsza od atramentu, oddzielała go od odpowiedzi.
Niejasno zdawał sobie sprawę, że Giuseppe patrzy na niego z niepokojem, nie zwracał jednak na to najmniejszej uwagi.
Wlepiał swoje czerwone oko, w tę przeklęte czerwień tak, że nie widział już praktycznie nic innego. A słowa ukryte za nią pozostawały cały czas tak samo nieprzeniknione.
-Nie
Wyszeptał wreszcie, powoli zaciskając powieki.
-Co nie?
Rozległo się gdzieś za jego głową.
Po raz drugi tego dnia ichten znany jako Kierat podskoczył z przerażenia.
Tym razem nie udało mu się tego zatuszować, zwyczajnie szarpnęło nim na krześle, gdy impulsywnie odwracał się, by dostrzec, kto zakłóca tę rozpaczliwą scenę.
W drzwiach stała Malwa. Była zupełnie rozluźniona, może tylko trochę zaskoczona ciemnością w pomieszczeniu- mrużyła oczy, by ich widzieć.
-Dobre pytanie
Przyznał natychmiast Giuseppe, świdrując Kierata wzrokiem. Przez to, jak blisko jego pyszczka znajdował się ogień, oczy świeciły mu na żółto-pomarańczowo.
Tamten zerwał się na równe nogi, czując się przypartym do muru i wściekłym.
-To cholernie niebezpieczna magia. Powinniśmy się jej pozbyć
Przy drugim zdaniu wbił spojrzenie w rattera. Błagam szczurze, zrozum- pomyślał- Musisz zrozumieć.
Coś takiego nie powinno się walać po mieście. Może i nie miało jego imienia, ale nikt go nie miał, za to rozpytując o “Kierata” na pewno można by go znaleźć.
A przecież już pierwszego dnia spotkali Specctro.
Giuseppe z pewnością również tam widniał- Giusepe Millani i kto wie, co jeszcze, bo to przecież wcale nie musiało być jego prawdziwe imie. Może sam Paolo wpisał je tam zza grobu, nie miało to zresztą znaczenia. Chodziło o to, że tekstu trzeba się pozbyć i nie można nikomu- nawet, a może tym bardziej- Malwie, pozwolić położyć na nim rąk.
-Magia którą ty uznajesz za niebezpieczną?
-Zdziwiła się kobieta, niewzruszona wchodząc głębiej do pomieszczenia- Czarujesz, tnąc się po rękach. Niby czego gorszego wymagają te zaklęcia?
W tym momencie wciął się Giuseppe, najwyraźniej rozumiejąc co oznacza rozpaczliwie mina ichtena.
-Pokaż mi to Kierat
Tu wyciągnął łapkę, tak by dostać plik papierów, a jako że siedział w głębi pokoju, bardzo strategicznie odsuwali go w ten sposób od Malwy.
Ichten podał mu więc książkę, obserwując jak ratter odgrywa na pyszczku zdumienie, a następnie przerażenie.
-Powinieneś mi był to od razu pokazać
Zawołał, teatralnie zatrzaskując nieistniejącą okładkę. Akcent w jego głosie był tak przerysowany, że gdyby nie powaga sytuacji oraz generalny wkurw, mógłby to uznać za zabawne.
-Pokazuje tak szybko jak mogę- Kierat poczuł, jak jego panika przeradza się w rozpaczliwe umiejętności aktorskie, gdy zerwał się na równe nogi- Chwile mi zajęło zorientowanie się, co to
Giuseppe wepchnął sobie plik pod płaszcz- jak on się tam zmieścił?- i również zeskoczył z swojego krzesła.
Malwa przyglądała się temu wszystkiemu z bardzo sceptyczną miną.
-Kręcicie- Stwierdziła stanowczo- Co to jest? Jeśli naprawdę stanowi zagrożenie, to nie jestem pewna czy mogę to z wami zostawić
Stanęła w drzwiach, tak, by zagrodzić przejście. Nawet bez zbroi była prawie o połowę wyższa od rattera i znacznie szersza w ramionach od ichtena. Kierat teoretycznie na pewno mógłby przedrzeć się przemocą, ale taka perspektywa nawet w nim budziła ogromny niesmak- to była sojuszniczka. I chociaż starał się nie myśleć o tym, co powiedział Paolo, może również do pewnego stopnia przyjaciółka. Trzeba się było wykręcić inaczej.
-Nie, nie jest…
-Zapewne tak, ze względu na to, jak mordercze jest- wciął mu się w słowo Giuseppe- idziemy się tego pozbyć
Po czym wykorzystując różnice wielkości w jednej chwili przemknął obok kobiety.
Ta odprowadziła go ponurym spojrzeniem, które następnie przeniosła na pozostałego przed nią ichtena.
-To jest bardzo martwiące- Stwierdziła tonem, który sugerował bardziej, że to Kierat ma teraz zmartwienie- To jak z tą puszką Codswolopa?
Zamilkł na chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Czy była gotowa uznać, że to coś cennego, jeśli potwierdzi? Czy może wtedy przyjdzie jej do głowy, że to jakieś fanaberie Giuseppe i odpuści?
-To, to coś kurewsko niebezpiecznego. Magicznego
Brawo on, bardzo elokwentna była ta wypowiedź z jego strony. Czuł, że jest nierównomiernie spanikowany jak na okoliczności i traci przez to język w gębie. Cała aktorska wena jakoś zupełnie go opuściła.
-I uważacie, że należy to zniszczyć? Bo jak was znam, to chyba wolelibyście to wykorzystać. Czy nie szukaliście tam przypadkiem właśnie niebezpiecznych rzeczy?
Wszyscy aureliańscy bogowie wzięliby jej dociekliwość, a potem najlepiej spalili w tym swoim piekle, czy cokolwiek tam mieli. Westchnął głęboko, nie kryjąc już swojej frustracji.
-Nie w ten sposób niebezpiecznych! Uwierz mi, gdybym mógł to w jaki-kurwa-kolwiek sposób wykorzystać na swoją korzyść, to bym to zrobił! Bardzo bym chciał móc!- dopiero w połowie zorientował się, że krzyczy. Zabrakło mu jednak sił i chęci, by szarpnąć hamulce, powstrzymać toczący się z góry powóz bezsilnej wściekłości. Mógł niemal usłyszeć w uszach jego terkot, zagłuszający myśli- Ale to jest bezużyteczne! Zupełnie kurwa bezużyteczne, jedyne co jest w stanie zrobić, to ściągnąć mi na głowę jebane kłopoty! Giuseppe też, zresztą dlatego już zwiał.
Zamilkł, mając wrażenie, że brakuje mu powietrza. Starał się go nie łapać zbyt głośno.
-Więc to nie jest broń
Stwierdziła tylko spokojnie kobieta, chyba nie do końca poruszona jego pokazem emocji. Nic nie odpowiedział, więc ona ciągnęła dalej, wciąż zagradzając drzwi.
-A w każdym razie nie taka, którą możecie wykorzystać na swoją korzyść. Mam racje?-Niechętnie skinął głową- Czyli nie jest ogólnym zagrożeniem. Jest zagrożeniem dla waszej dwójki?
Kolejne skinienie głowy, bo już naprawdę chciał iść za Giuseppe. Nie ufał mu, przynajmniej nie do końca, na pewno nie gdy na szali było jego własne bezpieczeństwo. Kierata bezpieczeństwo, znaczy się. Chociaż Giuseppe z bezpieczeństwem Giuseppe też nie należało ufać, ale to interesowało go już znacznie mniej.
Malwa westchnęła głęboko, ewidentnie się zastanawiając.
-Dobra- Mruknęła- Na razie możesz iść z nim, spalcie to, czy nie wiem, odczarujcie. Ale później chce usłyszeć całą historię
A następnie odsunęła się od drzwi. Kierat ledwo mógł uwierzyć, że naprawdę potrzebował, by to zrobiła, ale teraz nie musiał już tego kwestionować.
Wypadł z pomieszczeń, starając się na nią nie patrzeć.
Dogonił towarzysza kilka korytarzy ostatniego przyjaznego domu dalej. Było już zupełnie ciemno, mrok rozświetlały tylko pojedyncze lampki, które chwiały się i migały, tak, że dwie sylwetki gnające przez labirynt rozmywały się, traciły zupełnie indywidualny charakter.
Zza mijanych drzwi dochodziły rozmowy, szmery, jęki, szepty, albo chrapanie, i wystarczyło to, by zagłuszyć kroki Giuseppe. Zapewne zresztą nawet to nie było mu potrzebne, bo swoim zwyczajem zniknął w cieniach, jedynie końcówka ogona czy ucha podpowiadały ichtenowi, gdzie się kieruje.
Przebyli kilka klatek schodowych, parę przejściowych pomieszczeń oraz główna salę, na której już rozpoczynała się zabawa.
Kierat przepychał się przez głośny, roztańczony, lekko podpity tłum, starając się nie podeptać nikomu butów. Z ulgą wypadł na zewnątrz, zaraz za otwartymi przez rattera drzwiami.
W twarz uderzyło go zimne, nocne powietrze.
Przytłumiony hałas imprezy wciąż dudnił mu nad głową zza ściany. Całkiem nieźle odpowiadało to temu, co czuł. Nadchodzącą migrena świdrował go za oczami, ciemność wydawała się gęsta i nieprzenikniona, a ogień na dłoni Giuseppe zbyt jasny.
-Naprawdę musiałeś nas ciągnąć aż tutaj?
Zapytał, przecierając czoło ręką. Ból zaczynał się nad okiem i promieniował w górę, a on z przerażeniem przyłapał się na myśli, że być może to kara od jego bogini. Nie było jednak czasu na roztrząsanie podobnych pomysłów.
-Chciałem mieć pewność, że Malwa nie będzie nas podglądać, wyglądała na zainteresowaną- Rzucił szczur, bez cienia skruchy- No i co? Zobaczyłeś się tam i spanikowałeś?
Kierat odepchnął się od ściany, by podejść bliżej i sięgnąć po plik kartek.
-Nie twój interes, daj mi to
Ku swojemu zdziwieniu dostał je bez oporu. Do tego stopnia, że nie wiedział do końca, co z nimi zrobić.
Patrzył na nie przez chwilę, a pulsowanie bólu w skroniach narastało nieubłaganie.
-Nie to nie- Stwierdził ratter, z dziwną miną, której ichten jeszcze nigdy nie widział na jego pyszczku. Trochę jakby nie potrafił do końca kontrolować swojej mimiki, do tego stopnia, że szczery, nie odegrany wyraz, był bezsensowny- Ale zgadzam się, że powinniśmy to spalić. Może nam narobić kłopotów- Zamilkł na chwilę- Większość tam zapisana i tak już nie żyje, żadnej sprawiedliwości z tego nie będzie
Ostatnie zdanie zabrzmiało bardzo gorzko, ale ichtenowi ani w głowie było pytać.
Pozwolił, by szczur podłożył płomień z swojej ręki pod papiery, które zajęły się szybko i bezproblemowo. Myśleli chwile, czy może taki magiczny tekst nie będzie opierał się płomieniom, ale nie- Zaraz był już tylko popiołem pod ich stopami.
Kierat nie miał najmniejszej ochoty wracać do środka. Powoli usiadł na ziemi, nie przejmując się swoim garniturem.
Po chwili poczuł, że obok usadowił się również szczur.
-Została ci jakaś katleja?
Zapytał, tonem wypranym z emocji.
Był tak blisko. Tylko ta czerwona szrama, kilka kropli.
-Ani trochę
Ratter brzmiał na niemal tak rozczarowanego, jak on się czuł.
-Giuseppe, czy Paolo też był w tej książce?
Odpowiedział mu puste prychnięcie.
-A Carmine?
Zapytał w odpowiedzi. Znowu zapadła między nimi cisza. Zabawa w środku się rozkręcała, muzyka narastała, przeciekając pomiędzy uchylonymi oknami, szparą pod drzwiami, szczelinami w ścianach.
Ich oddechy zmieniały się w parę, rosa osiadała na łuskach i futrze.
-Powinniśmy wracać
Wymamrotał w pewnym momencie szczur, nie ruszył się jednak. Jego wzrok pozostawał martwo wlepiony proch, który pozostał po spalonych kartkach.
Ichten po prostu nic nie odpowiedział, wciąż przywołując w myślach obraz zamazanej, czerwonej kreski. Ból głowy zaczął opadać, zmienił się w małą, ściśniętą kulkę upchniętą gdzieś za czołem.
Czy to mogła być jego królowa? Czy to wszystko była jego królowa? A jeśli tak, to co to oznaczało? Czy powinien po prostu, zaakceptować to, czego chciała? I czego właściwie chciała?
-Kierat, o co chodziło? Z tymi papierami
Pytanie wcięło mu się w myśli jak nóż w masło. Zmarszczył brwi, na nowo pobudzając swoją migrenę do życia.
Myślał przez chwile, z wzrokiem wlepionym w ciemność
-Rozczarowały mnie
Odparł.
-Tu jesteście!
Rozległo się nagle. Tym razem Kierat już się nie przestraszył, w ogóle nie drgnął. Zza drzwi i tym razem wystawała głowa Malwy.
-Szukałaś nas?
Spytał Giuseppe, starając się brzmieć nonszalancko.
-Tak jakby- przyznała kobieta- Chociaż właściwie większość kucharzy bardzo głośno narzeka, na dwójkę takich co im się przepchnęli przez składzik, a potem rozłożyli przy wyjściu na śmietnik, więc “szukanie” byłoby chyba lekką przesadą
Patrzyli na nią oboje, trochę zgłupieli. Czerwone oko Kierata połyskiwało, odbijające światło z wnętrza budynku. Giuseppe nerwowo, niby przypadkiem rozmiatał ogonem popiół pozostały po książce.
-No tak- rzekł wreszcie szczur, zmuszając się do znieruchomienia, a potem wstając- Chyba nie będziemy już irytować naszych gospodarzy
Otrzepał płaszcz i futro, rzeczywiście bardzo zakurzone. Ichten mógł zobaczyć każdy najmniejszy pyłek, w tej pojedynczej smudze blasku zza Malwy. Z opóźnieniem zdał sobie wtedy sprawę, że zapewne jest podobnie brudny.
-Nie
Wymamrotał, podnosząc się i również próbując doprowadzić garderobę do porządku. Miał wrażenie, że wzrok kobieta zaraz wywierci mu dziurę w czaszce.
-Udało się?
Spytała, gdy weszli za nią przez drzwi, z powrotem do jakichś pomieszczeń gospodarczych. Wcześniej zupełnie umknęła mu, przez jakie zaułki przebiegają.
-Ta
Rzucił w odpowiedzi, starając się na nią nie patrzeć. Musiał iść się upić. Skupił się na tym pomyśle, wizualizując już sobie tłoczny, głośny bar, w którym topienie myśli w alkoholu przychodziło łatwiej, niż oddychanie. Dosłownie, trochę tam śmierdziało, zwłaszcza w późniejszych godzinach.
Owo wizualizowanie wyszło mu tak dobrze, że prawie potknął się o Giuseppe.
-Ile jej powiedziałeś?
Syknął, wykorzystując to że na chwilę pozbawiony równowagi Kierat znalazł się niemal na poziomie jego pyszczka.
-Prawie nic
Odparł, szybko podciągając się z powrotem do pionu. Był pewien, że Malwa słyszała tę wymianę, przytłumiony hałas imprezy nie był dość głośny, by zagłuszyć ich nieudolne szepty. Nic jednak nie powiedziała.
Wrócili na główna salę. Roztańczony tłum zdążył się już dobrze podchmielić. Uczyniło go to bardziej, hm, rozbrykanym, czy, ujmując to zupełnie dosłownie- taczającym się bez ładu czy skład i zderzającym się z samym sobą. Co jakiś czas wypadał z niego jakiś pomięty, przeszczęśliwy nieszczęśnik, który ruszał do baru, lub- jeśli miał towarzystwo- jednego z pokoi.
Muzyka zagłuszała chmarę rozmów, śpiewów oraz bliżej nieokreślonych dźwięków, produkowanych przez bawiące się towarzystwo.
Kiedy tylko zaczęli się przedzierać przez te duszną dżunglę Kierat poczuł ogarniającą go ulgę. Było za głośno by mógł wyłapać własne myśli, wszelki fizyczny dyskomfort przyćmiły intensywne doznania sensoryczne i miał wrażenie, że wsiąka w tę przestrzeń. Nie był już wyznawcom swojej bogini, “przyjacielem” Carmine, czy sekretarzem panienki Loyd, był tylko skrawkiem szarego garniaka i niebieskich łusek.
Gdy dotarli do baru, ku jego zaskoczeniu, to Giuseppe sięgnął do jednej z swoich przepastnych kieszeni. Wydobył stamtąd garść monet i nie licząc rzucił na ladę.
-To w ogóle twoje?
Spytała Malwa, zajmując jeden z stołków. Wyglądała na zmęczoną, ichten nie potrafił jednak określić, czy dlatego, że musiała łazić za nimi po całym budynku, czy po prostu miała długi dzień. Nie interesowało go to zresztą jakoś bardzo, próbował się po prostu rozproszyć.
-Teraz już nie
Odburknął szczur, a następnie płynnie przeszedł do zamawiania jakiegoś alkoholu. Kierat zaś ruszył w jego ślady, pragnąc jak najszybciej dobić te resztki myśli, które jeszcze tłukły mu się po głowie.
To był ostateczny koniec rozmów na wieczór. Starsza kobieta, wzruszyła ramionami, pobujać tym zatuszować swój niepokój, który wywoływała w niej sytuacja, a którego nikt i tak nie zauważył. Następnie ona również zaopatrzyła się w jakiś procentowy napój, z zamyśleniem oglądając chaotyczny, kolorowy tłum na parkiecie.
No i po co komuś było coś takiego?- pomyślał Kierat po czwartym kieliszku. Ilość odpowiedzi, która pojawiła się w jego głowie, zmusiła go do sięgnięcia po piąty.
