Work Text:
Ewron oddychał z trudem. Każdy kolejny haust powietrza trafiał do jego płuc tylko i wyłącznie przez świadomie podjętą, bolesną decyzję. Wyć mu się chciało, ale na to już na pewno zabrakłoby mu tlenu.
Leżał na zimnej podłodze. Płytki były idealnie gładkie, śliskie pod czapkami jego palców. Chłód przedzierał się przez futro na ogonie, przez wielowarstwowe ubranie które nosił, przez skórę. Właził w krew i rozpływał po nim znacznie bardziej zabójczo, niż jakakolwiek trucizna.
Czuł się bezradny, jak zwierzę spętane w klatce. Ćmiło mu się przed oczami, obraz jasno oświetlonego sufitu zamazywał się, to znów nabierał ostrości. Chwilami miał wrażenie, że jego niezdolność oddychania wynika nie z fizycznych obrażeń, a czystej wściekłości.
Ostro zakończone paznokcie z nieprzyjemnym zgrzytem przeorały powierzchnię podłogi. Czuł swoje nogi, bezradnie kopiące powietrze, w poszukiwaniu jakiegoś oparcie. Był nastawiony na walkę, obronę, wciąż miał smak żelaza w ustach, wciąż nie mogło do niego dotrzeć, że jest już po wszystkim.
Ostatecznie pokonało go czyste wyczerpanie. Jego umysł wciąż wył jak pies na uwięzi, szarpał się jak dziki, na ślepo szukał wrogów. Ale ręce rozluźniły się, głowa odchyliła się do tyłu, wreszcie pozwalając mu oddychać głębiej. Mimo absurdalnie intensywnego oświetlenia powieki opadające mu na oczy przyniosły absolutną ciemność.
Był zupełnie sam. Obrazy wydarzeń ostatnich kilku minut dudniły mu po czaszce jak szalone.
Nie było go dwa dni. Dwa dni, a ta banda idiotów poszła na reaktor. Nie chodziło nawet o to, że czuł się zdradzony- musiał przyznać, że nie wiedział co by zrobił, gdyby Ash poprosił go o wsparcie. Zresztą, nie był oficjalną częścią ani reżimu, ani północy- Graf przecież też się gdzieś na to wszystko zaszył. Ale nie lubił być pozostawionym w ten sposób z tyłu, zwłaszcza, jeśli potem nagle postanowiono go jednak bez uprzedzenia zaangażować.
I jeśli to wszystko było zupełnie bez sensu, bo Juan i tak zginął.
Juan nie żyje.
Pomyślał i na chwilę wytrąciło go to z potoku wspomnienie. Na nowo rozchylił powieki. Miał wrażenie, że powinny mu się zebrać pod nimi łzy, ale nie. Nie mógł wykrzesać z siebie ani jednej emocji na wspomnienie ciała, leżącego na dnie tej cholernej tuby. Ściągnęli go tu, oddali Multiemu, a to wszystko na nic.
Ostatecznie jednak to nie on był tu największą stratą- patrząc na podejście jedynej osoby zdolnej utrzymać go przy życiu i tak nie miał długo pociągnąć. Ale cała ta akcja nie przyniosła żadnych pozytywnych skutków, bo przecież Haiper nadal umierał. Właśnie i gdzie był w tym wszystkim Haiper? Cholerny Haiper nie rozumiejący, że to o niego toczy się cała afera, cholerny Ash, który nikogo sobie nie odpuszczał. Poza Ewronem, najwyraźniej, ale nie czuł on w tej chwili powodów, by zanadto nad tym dramatyzować.
Syknął przez zęby, wreszcie mając dość powietrza, by choć w ten sposób wyrazić złość.
Ale to nie było dla niego nic nowego. On już tu był i to przecież nawet z tą samą osobą.
“Jesteśmy w twojej głowie” śniło mu się po nocach latami. Dalej czasem o tym myślał. Dla niego nic nowego, może inni byli zaskoczeni, może na innych robiło to wrażenie. On miał zamiar pozbierać się i uciec tak szybko, jak się dało.
Spróbował podciągnąć się z podłogi na łokciach. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jest upieprzony we krwi, niestety swojej własnej. Ściekała mu z ust i nosa, po twarzy, do ust i po klatce piersiowej. Smak żelaza był przytłaczająco mdlący. Ręce też lepiły mu się od czerwieni, zostawiał ślady na śnieżnej podłodze. I dobrze, dramatycznie. Zdecydował zaraz, uśmiechając się pod nosem.
Nie był pewien, ile minęło czasu odkąd wylądował w tej izolatce. Obstawiał maksymalnie kilka godzin, gdyż wciąż krwawił, jeszcze trochę w nim zostało żeby się wylewać. A zważywszy na to, że cokolwiek zostało w niego wrzucone przeszkadzało w krzepnięciu, gdyby naprawdę był tu od dawna, już by nie żył.
Z roztargnieniem otarł twarz rękawem, powoli podnosząc się do pionu. Im więcej miał przytomności umysłu tym bardziej wracały emocje. A z nimi wola nie tylko ucieczki, ale też rozpieprzenia czegoś, puki był tutaj i miał do tego łatwy dostęp.
Naprawdę znajdował się w kwadratowym, pustym, białym pomieszczeniu. Skojarzyło mu się to z więzieniem federacji. Być może Multi też je widział i postanowił się zainspirować? Wcale by się nie zdziwił. Jeśli tak, to uczeń przerósł mistrza, bo ta przestrzeń wydała się pandzie znacznie bardziej niepokojąca.
Co tylko dodatkowo go motywowało.
Aldo, ile razy Aldo obalił Asha, ile razy wbił swoją przebrzydłą broń w skórę lidera, ile razy jego usta wykrzywił perfidny, pusty uśmieszek? Ile razy obrzydliwie ścierał krew z swoich dłoni, tylko po to by było widać, jak zaraz od nowa je w niej unurza?
Ash dławiący się wodą, ściekającą z niego razem z krwią. Tina leżąca nieprzytomna na ziemi, Foolish patrzący pełnymi niedowierzania oczyma.
Martwy Juan.
Nie chodziło nawet o to, że mu na nich aż tak zależało. Ale był teraz z nimi po jednej stronie-nie traktowało się tak ludzi po jego stronie. Nie bez konsekwencji.
Dlaczego do cholery Multi był gotowy wymienić go za Juana? I dlaczego Aldo zabił tego drugiego mimo dokonania wymiany? Dlaczego Ash w ogóle zgodził się zabrać ich tu wszystkich? dlaczego się rozdzielili, dlaczego weszli za naukowcem do reaktora, dlaczego, dlaczego, dlaczego i nic z tego nie miało dla niego znaczenia.
W pomieszczeniu pozornie nie było ani drzwi, ani kamer. Był jednak pewien, że jest obserwowany i że musi stąd być jakieś wyjście.
Energicznie przeszukał swoje przepastne kieszenie, ale zgodnie z oczekiwaniami nic w nich nie znalazł. Dowiedział się natomiast, że został w kilku miejscach porozcinany, a następne niedbale zszyty. Świeże rany bolały przy każdym dotknięciu, ale musiał jednocześnie być choć trochę znieczulonym, bo inaczej pewnie nie byłby się w stanie ruszać. Miewał już takie obrażenia i wiedział, że bolą jak skurwysyn.
Był więc bez narzędzi, za to z ranami. Co za cudowna sytuacja, żeby od środka rozpierdalać reaktor atomowy. Kochał swoją pracę.
Boleśnie świadomy niewidzialnych, obserwujących go z pewnością oczu ruszył wzdłuż ścian. Mocno przyciskał dłonie do kolejnych płytek i przecięć między nimi.
Był w prawdziwej Polsce, kiedy Ash go zgarnął. Pojawił się przed nim, już zmęczony, z przerażeniem błyszczącym za jednym okiem, powiedział niezwykle dramatyczne “przepraszam”, a potem wciągnął go z sobą, z powrotem przez teleporter aż do reaktora.
Nie było za co przepraszać, naprawdę. Gdyby to rzeczywiście uratowało Juana, to jeszcze by liderowi podziękował za racjonalne myślenie. W całej tej akcji o wiele za bardzo przebiła ta część jego wspólnika, na którą najczęściej narzekał- mianowicie miękka buła. Ale ten jeden ruch- poświęcenie swojego ostrza dla wyższych celów- był godny lidera reżimu.
Tymczasem jego przeszukiwanie ścian okazało się o tyle owocne, że rzeczywiście dowiedział się, gdzie jest zarys wejścia. Kilka płytek obok siebie było umieszczonych minimalnie głębiej niż pozostałe, sugerując znajdujący się za nimi mechanizm otwierający. I na tym się kończyły jego możliwości bo nie wiedział, jak to do cholery otworzyć.
Westchnął z frustracją, z rozpędu spróbował nawet kopnąć niewidoczne przejście. Oczywiście w jego obecnym stanie zaraz sprowadziło go to do parteru. Znowu siedział na zimnej podłodze, uwalonej jego krwią. I właśnie gdy miał zamiar dramatycznie się na niej położyć, czując zmęczenie wsiąkające w niego jak woda w gąbkę, rozległ się głos, z również niewidocznego głośnika. Ponieważ najwyraźniej niewidocznych rzeczy nigdy kurwa dość.
-No, no, no, ktoś się obudził
Był to Multi i to w dobrym nastroju. Taki Multi, co wstał prawą nogą, zjadł na śniadanie zrobioną przez Grafa jajecznicę ze śmietanką i stertę tostów z dżemem, popił kawą, a potem spędził dzień nucąc swoje piosenki, wydurniając się z Quackitym, czy latając samolotem Pierra.
Albo przynajmniej to były rzeczy które dotąd wprawiały go w taki nastrój. Najwyraźniej na tę listę należało teraz dopisać “zabijanie ludzie” czy “rozcinanie przyjaciół na stole operacyjnym”. Pasowało jak ulał, naprawdę.
-Nie- warknął Ewron, realizując swój zamiar i płasko wyciągając się na glebie- Właściwie, zajebiście mi się tu śpi, nie budzę się
Było to trochę poniżej pasa, ale był też zupełnie bezradny. Nie miał absolutnie żadnych środków, żeby się bronić. Jeśli mógł więc choć trochę zirytować swojego oprawcę- to właśnie zamierzał zrobić. Potrzebował tylko, żeby te cholerne drzwi się otwarły, a potem droga wolna. On miał pazury, on miał doświadczenie. Był cholernym asasynem i nawet totalnie fizycznie rozwalony, w bezpośrednim starciu mógł przewyższyć Multiego. Wiedział o tym doskonale.
-Może to i lepiej- stwierdził zaraz głośnik, wcale nie tracąc jednak rezonu- Będzie cię łatwiej przenieść na kolejną sesję badań, jesteś naprawdę fascynującym obiektem
Panda z wściekłością zerwał się na równe nogi, przez co oczywiście zakręciło mu się w głowie, ale zignorował to i wrzasnął:
-A ty jesteś naprawdę chujem! Kurwa Multi, trzy dni temu normalnie ze sobą rozmawialiśmy! Co tu się odpierdala?!
Pytanie było czysto retoryczne. Podejrzewał, jakie odpowiedzi za nim stoją i tym bardziej ogarniała go wściekłość. Na wszystkich bogów, jak kurewsko małostkowym trzeba być, żeby pomyśleć, że to w ogóle ma z nim coś wspólnego, jakby Ewrona naprawę obchodziło-
-Ty pytasz mnie?- prychnął naukowiec, w którego głowie ewidentnie odbył się właśnie podobny proces- Sam najlepiej wiesz, co zrobiłeś, dla kogo pracujesz, przeciw komu spiskujesz. Naprawdę- tutaj jego głos drgnął, w czymś co przypominało śmiech- Nie wiem, jak możesz mnie za cokolwiek obwiniać
-Juan nie żyje!
Wydarł się z całych sił karaluch, oszołomiony agresją, którą budził w nim ton rozmówcy. Na dodatek ten tchórz nie mógł tu nawet przyjść, spojrzeć na niego osobiście. Jak zwykle chował się za technologią, zgrywał bezradne niewiniątko. Ale to był już koniec tej ułudy. Już wszyscy na wyspie wiedzieli i nikt nie mógł temu zaprzeczyć. Aldo czy nie, Juan zginął w reaktorze.
-Nie z mojej winy! Kto go tu przyprowadził, co? Czyj to był pomysł, żeby włazić do mojego reaktora?
Akcenty położone kolejno na “czuj” i “mojego” nadawały zdaniu niemal melodyjny ton. Multi mówił trochę, jakby się z nim droczył. Jakby to wszystko była jakaś chora gra. Ale trafił na godnego sobie przeciwnika, bo Ewron mniej-więcej tak właśnie postrzegał rzeczywistość, a już na pewno tę sytuację.
-Jasne, zwal to wszystko na Asha! Zwal to wszystko nawet na mnie jeśli chcesz, ale to już nie ma znaczenia, słyszysz?! To już nie ma znaczenia! Wszyscy wiedzą, że ty i Aldo współpracujecie! wszyscy wiedzą, że to przez was Juan nie żyje! Jak tylko wyściubisz nos z tej swojej zasranej uranem dziury ktoś ci go kurwa odetnie!
Od wrzasku zaczynało brakować mu powietrza. Ciężko dysząc oparł się o jedną z ścian, a potem powoli po niej osunął. Płuca wydały się płonąć żywym ogniem. Nie podobało mu się, że tworzy sobą takie widowisko dla Multiego, mógł sobie wyobrazić jego krzywy uśmieszek, gdy obserwował go teraz przez kamerę.
-Uważaj, bo zaraz jeden z potencjalnych winnych mi umrze- parsknął zaraz naukowiec- Musisz się trochę bardziej oszczędzać, mam jeszcze co do ciebie plany
Ewron zaklął, choć bezgłośnie, bo z jego gardła nie wydobywało się już nic poza głośnym harczeniem. Musiał się stąd jak najszybciej wydostać i musiał, po prostu musiał dorwać tego drania w swoje łapy. To się nie mogło tak skończyć.
Na razie jednak siedział nieruchomo na podłodze, starając się zebrać swoje nieposłuszne ciało do kupy. I nie szło mu najlepiej. Ból na nowo wybuchł w jego klatce piersiowej, zapłonął za oczami. Bezwiednie zacisnął dłonie w pięści, przyciągnął do siebie kolana i zanim się obejrzał nie opierał się już o ścianę, a leżał na boku, w konwulsjach rozrywającego organy kłucia. Trochę tak, jakby miliony maleńkich sztyletów nieustannie wdzierało się pomiędzy jego komórki, od nowa i o nowa. Jakiekolwiek znieczulenie było w nim wcześniej, zupełnie straciło swoją moc.
Łzy zaszkliły mu ocz, do reszty rozmywając pole widzenia, nie słyszał też praktycznie nic, poza swoim oddechem i waleniem serca. Nieustanne, szybkie dudnienie wciąż popychało zakażoną krew w jego żyłach, przynosząc kolejne fale cierpienia.
Ale nawet przez to wszystko dotarły do niego otwierające się drzwi. Zrobiły to bowiem z głośnym szumem, wydzierając się z mocno zaciśniętych kleszczy ściany i odsuwając na bok. Jakiekolwiek zabezpieczenia je trzymały, nie zniszczyłby ich od środka gołymi rękami.
Tymczasem w powstałej dziurze stanął Multi. Ewron widział jedynie jasną plamę fartucha, zakończoną zielenią dredów, na czarnym tle rozciągającego się za nim korytarza. Gdyby tylko był w stanie zerwał by się natychmiast, odepchnął go na bok, by uciec na wolność. Już, już miał wrażenie, że zaraz zdoła to zrobić, ale gdy tylko spróbował rozluźnić chwyt swojej dłoni na materiale ubrania, konwulsja bólu wstrząsnęła całym jego ramieniem. Wbił sobie paznokcie tak głęboko w skórę, że poczuł wilgoć sączącej się spod niej krwi. Naukowiec podszedł bliżej, jego ciężkie buty stukały głośno o ubrudzoną na czerwono podłogę.
Pochylił się nad nim, w sposób niemal ostrożny, ale nie ze strachu, a pozornej troski. Ewron poczuł jego chłodną dłoń na swoim rozpalonym czole, mignęły mu pełne zainteresowania oczy koloru uranu.
-Długo nie pociągniesz, ale może to i lepiej- dotarło do jego uszu, wypowiedziane cicho i z jakąś satysfakcją- Przestaniesz mi wreszcie mącić w planach. A z eksperymentami zdążę na pewno
Następnie Multi odsunął się i stanowczym gestem machnął na kogoś stojącego za drzwiami.
Do pomieszczenia wpadł człowiek w żółtym kombinezonie. Słyszał o nich, choć nie przypominał sobie, by się dotąd spotkali- cholerni pracownicy CNE. Zaraz też poczuł stanowczy uścisk na swoich ramionach i został podniesiony w górę. To dopiero bolało. Do tego stopnia, że wrzasnął tak głośno, jak tylko mógł z ograniczonym dostępem do powietrza. Czyli niezbyt. Miał wrażenie, że wszystko w nim jest rozrywane na strzępy przy każdym, najdrobniejszym drgnięciu. A pracownik zdecydowanie nie starał się być delikatnym, przerzucił go sobie przez ramię i pośpiesznie opuścił izolatkę, niewątpliwie podążając za swoim szefem.
Wszystko huśtało mu się z lewa do prawa, gdy szli przez jakieś wąskie i nieoświetlone przejście. Kontrast pomiędzy ewidentnie inspirowaną federacją celą, a tą ciemną dziurą w ziemi mógłby być zabawnym, gdyby miał teraz głowę do takich rzeczy.
Przecież kiedyś było inaczej- przebiło się jedynie przez mgłę bólu w jego umyśle.
Po takiej wędrówce, ciągnącej mu się w nieskończoność, po raz kolejny rozległ się szum otwieranych drzwi. Światło po ciemności było niemalże oślepiające, stanowiąc kolejny czynnik dyskomfortu, jakby mu ich dotąd było mało.
-Połóż go na stole i wyjdź
Rozległ się stanowczy głos Multiego. Brzmiał na takiego spokojnego, takiego zadowolonego z siebie. Był w swoim żywiole, to mu sprawiało radość. Ewron zaczynał myśleć, że nie zna tego człowieka. A jednocześnie przecież już widział go takim. Czy to nie był wtedy on? Czy próbował go tylko usprawiedliwiać, mówiąc, że coś go kontrolowało?
Gdy chaotycznie to roztrząsał, polecenie zostało wykonane- wylądował na jakiejś płaskiej powierzchni. Nie była zbyt wygodna, ale nie huśtała się, więc nie mógł narzekać. Zaraz drzwi zahałasowały jeszcze raz, po czym on i naukowiec zostali sami.
Przestrzeń tu była ewidentnie większa, tworzyła nawet echo, dodatkowo konfundujące zmysły. Widział jedynie jasne lampy sufitowe i jeszcze jedną, mniejszą lampę tuż nad swoją głową. Wszystko sterylnie białe. Do tego ciężkie kroki kogoś kręcącego się… Gdzieś, nie mógł jednak nawet określić, po której jego stronie.
-Co próbujesz osiągnąć?
Zapytał wreszcie, poddając się z próbami przekręcenia głowy, by zorientować się w sytuacji. Jego głos okazał się słabszy, znacznie żałośniejszy, niż by chciał. Przez dłuższą chwilę nie otrzymywał też żadnej odpowiedzi i nie był nawet w stanie stwierdzić, czy zwyczajnie nigdy ona nie nadejdzie, czy jest po prostu rozważana.
-Mam swoje plany, a ty będziesz narzędziem do ich realizacji- usłyszał wreszcie. Zaraz potem blada, poszarzała twarz pojawiła się nad jego głową. Końcówki dredów niemal muskały mu policzki- Obiekt F umarł za szybko, potrzebuje żywego organizmu do sprawdzenia kilku rzecz
Teraz wiedział właściwie mniej, niż na początku. Nie miał jednak siły, ani nawet chęci, by drążyć. Wyglądało na to, że chwilowo jest bez szans. A może po prostu jest bez szans. Ale gdy patrzył na pełne skupienia rysy twarzy pochylającej się nad nim osoby, złość go opuściła. Nagle wydało mu się, że to wszystko nie ma najmniejszego znaczenia. Jeśli mógł się przydać w taki sposób, to czemu nie? Ostatecznie od wielu tygodni ciągle wisiała nad nim groźba śmierci, groźba końca świata, kolejna groźba śmierci… To zaczynało być nużące, męczące nawet. Po co walczyć? Żeby do tego wrócić?
Ash mnie pomści- pomyślał, a może nawet powiedział, zaczynało mu się to mieszać- pomści mnie, pomści Juana i to nic nie będzie znaczyło. Może po prostu umrze więcej ludzi. A ostatecznie wszyscy umrą i czyż nie zrealizuje w ten sposób swojego celu? Co za różnica, jaką drogą do tego dojdzie? Ta była chyba najwygodniejsza, żadnej walki, żadnych problemów.
Multi musiał mu podać coś otumaniającego, bo spokój zalewający go falami wiązał się również z utratą czucia. Nie tyle przestało go boleć, co już nawet nie wiedział, że ma ciało. Powieki zaczęły mu koszmarnie ciążyć, ale nie chciał ich zamykać. Patrzył wciąż na pracującego nad czymś Multiego, ciągle u jego boku.
-Zdradziłeś mnie, Ewronie- rozległo się niespodziewanie- Mnie, Nexe… Byliśmy rodziną, chwilami miałem nawet wrażenie, takie iskierki nadziei, że dalej nią jesteśmy. A potem, za każdym razem, udowadniałeś mi, że się myle
Nawet gdyby fizycznie był zdolny by jakoś oponować wątpił, czy by to zrobił. Nie dlatego, że się z tym zgadzał- nigdy nie skrzywdził naukowca celowo, a Nexe zabił w amoku, nie wiedząc nawet, kogo atakuje. Ale był też niemal pewien, że nie przekonałby swojego rozmówcy do żadnej z tych rzeczy i że nie warto tego robić.
Mimo przemożnej pokusy odpłynięcia w mocny, narkotykowy sen nadal gapił się w sufit. Wyłapywał każdy najdrobniejszy ruch w swoim polu widzenia, za każdym razem, gdy Multi przemykał w te czy we wte.
Chyba dalej coś mówił, pewnie do siebie. Jakieś zarzuty, wyzwiska, wyrazy żalu. Wszystko zlewało się w bezsensowny potok słów, zalewający jego umysł i nie dotykający go ani odrobinę. Coś o Nacho i Katie, coś o Grafie.
Rodzina i rodzina, słowo klucz, a przecież oni już od dawna nie było jego rodziną. Jak mógł oczekiwać lojalności wobec siebie, gdy sam nie był lojalny wobec nich?
Pomyślał o Ashu. Głupim, idiotycznym, dziecinnym, nieszczęśliwym Ashu, który na koniec dnia okazał się być o wiele bardziej po jego stronie, niż ktokolwiek z ceva. Obraz jasnego sufitu zaczął mu się rozmywać, mimo uporu, z jakim trzymał oczy otwarte. A może właśnie dlatego, bo chyba nie pamiętał o mruganiu.
Przypominały mu się wydarzenia ostatnich dwóch miesięcy, szybkość, z jaką wszystko się zmieniło. Martwe ciało dziewczynki na ziemi. Oglądał z trzeciej osoby, jak zakrwawionymi rękami chwyta długą szatę lidera reżimu, błagając o wybaczenie. Był żałosny, z łzami w szeroko otwartych oczach, z trzęsącym się głosem. Czemu aż tak się przejął?
Kościół, chłód nocy i kamienia wdzierający się pod skórę, nieodczuwalny przez ilość adrenaliny. Zapach kadzideł, powietrze naelektryzowane energią której potęga przekraczała jego pojmowanie.
Czy to by naprawdę coś zmieniło, gdyby powiedział Multiemu o uranie pod kościołem? Przyznał już, że spieprzył, ale czy gdyby miał szansę, to by to odkręcił? Czy wtedy nie leżałby tu teraz? Czy to co zrobił miało w ogóle jakieś znaczenie?
W przypadku Juana nie miało.
Po co, po co być lojalnym wobec takiej rodziny?
“To byli twoi ludzie”
“Byli słabi!”
To pytania chętnie by zadał, choć bez nadziei na sensowną odpowiedź. Nie wierzył, że naukowiec by ją znał. Nie miał jednak jak otworzyć ust, miał wrażenie, że w ogóle ich nie posiada, nie mówiąc już o sensownym składaniu słów.
Wspomnienia pchały mu się pod powieki, intensywne jak wcześniej białe światło. Budowa ołtarza, cały związany z tym chaos. I Ash, jak przerażone zwierzątko, z swoim pojedynczym okiem, patrzący na niego z takim obrzydliwym żalem.
Tekst zadań które mieli wykonać, wryty w jego umysłu jak w kamień, mógłby je wyrecytować nawet teraz, zupełnie naćpany i nieprzytomny. Potem las, wrzaski, tam wszystko wrzeszczało, jasny ogień, głosy odbijające się po głowie. “Dlaczego taki jesteś?” podążyło za nim z kościoła, żyło mu w umyśle, skutecznie zagłuszyło to cholerne “debilu to ja”, a potem martwy Nexe.
To było jak nieustanny upadek w dół, ześlizgiwanie się po stromym zboczu. Rozpaczliwie próbował się czegoś złapać i nie mógł, grunt sypał się spod stóp, nie było już żadnych dobry rozwiązań. Ciemny kukuruczo nad jego głową, diabeł w piekle. Co miał powiedzieć? Gorąco uderzające do głowy, ogień wszędzie wokół, kłamstwa i pochlebstwa same cisnące się na usta. Świątynia Foolisha, pusty wzrok Katie, Nacho z nożem w ręce, Juan pochylony nad jakimś obrazem. Druga prawdziwa polska, Grzegorz, jeszcze żywy, niezrozumienie na twarzy Haipera.
Fatal error jedzący mu z ręki.
Multi pochylony nad nim, pogwizdujący jakąś melodie.
///
W pierwszej chwili światło tak go oślepiło, że widział tylko ciemny zarys jego sylwetki. Miał sucho w gardle i kręciło mu się w głowie, choć leżał nieruchomo.
-Witamy wśród żywych
Mruknął naukowiec. Zaraz chwycił go za policzek, stanowczo, ale delikatnie. Dłonie ciągle miał chłodne, palce długie i chropowate. Drugą ręką poświęcił mu latareczką w oko, jakby Ewron już nie był dość oślepiony. Spróbował odsunąć się, wyrwać, ale nie był w stanie nawet poruszyć głową. Mimo to Multi musiał dostrzec jego wysiłki, bo uśmiechnął się krzywo.
-Nie próbowałbym niczego na twoim miejscu- poradził- nie jestem jeszcze pewien, jakie są skutki uboczne wszystkie, co ci właśnie podałem, ale raczej mało przyjemne
Sens wypowiedzi ledwo do niego docierał. A może po prostu nie docierał.
Wraz z przytomnością powoli zaczął wracać ból, stanowiąc dodatkowy czynnik rozpraszający. Musiał mieć wetknięte w siebie jakieś igły, piekący ból po wyrwanych wentylach rozciągał się po całej długości jego ramion, wszędzie, gdzie na wierzchu dało znaleźć się żyły. Nie mógł sobie nawet wyobrazić, jaką ilość chemikaliów dało się wpompować przez tyle rurek. Każdy wdech więzł mu gdzieś na wysokości mostka piekącym protestem, miała wrażenie, że jeśli spróbuję go pogłębić, coś w jego wnętrznościach pęknie.
Potem zdał sobie sprawę, że jest lodowato. Chłód towarzyszył mu nieustannie, odkąd ocknął się po raz pierwszy w izolatce, ale dopiero teraz naprawdę go poczuł. Cała gorączka odpłynęła, zabierając z sobą intensywne emocje i adrenalinę. Jakąkolwiek miał wolę walki, zamarzła w tym, jak zimno w tej chwili było. Spodziewał się niemal, że jego płytki oddech będzie zmieniał mu się nad głową w parę, choć oczywiście tak się nie działo.
Multi wciąż tu był, układał jakieś przedmioty na metalowej tacy. Stukały, każdy dźwięk rozchodził się echem po pomieszczeniu i jego głowie. Było w tym coś hipnotyzującego, w powtarzalności i spokoju z jakim to robił. Wydało mu się to dla niego charakterystyczne, odniósł wrażenie, że gdyby bez żadnego kontekstu usłyszał takie stukanie, wiedziałby doskonale, od kogo pochodzi.
Gdy wreszcie na nowo zapadła cisza, była niemalże bolesna.
Zimno wyżerało sobie drogę przez jego nerwy. Powoli zamieniały się w lód, jeden po drugim, od zewnątrz do środka, nieubłaganie odbierając mu oddech.
W momencie, gdy miał wrażenie, że kolejny haust powietrza już na pewno uwięźnie mu w gardle, poczuł dłoń na swoim policzku.
Dotąd dotyk Multiego wydawał mu się chłodny. Teraz niemal palił swoim ciepłem, zapewne przez kontrast. Był zresztą zupełnie inny, nie służył chyba żadnym medycznym egzaminacją. Naukowiec po prostu pochylił się nad nim, z zamyśleniem na twarzy, kciukiem powoli suwając po charakterystycznych dla pand przebarwieniach. Z trudem wyłapywał szczegóły na jasno oświetlonej twarzy nad sobą- lekko zmarszczone brwi, poza tym wydawał się zrelaksowany. Wzrok niemalże miękki, gdy pochłaniał nim swój obiekt badań.
Ewron był w tej chwili rzeczywiście interesujący do oglądania, przedstawiając dziwaczne połączenie kontrastów. Był upiornie wręcz blady, pod oczami zebrały się fioletowe siniaki, z ust wciąż sączyła strużka krwi. Rude kosmyki opadały na czoło, ciemne tęczówki były tylko na wpół widoczne spod lekko pochylonych powiek. Zwykle były ciepłe, miały głęboki, orzechowy kolor, w tym oświetleniu jednak wyblakł i zszarzał.
Zdał sobie sprawę, że ten dotyk go przeraża. Przełamywał ścianę lodowatej apatii, która narosła w jego głowie, budził w nim chęć ucieczki jak najszybciej i jak najdalej, choć był dokładnie tak samo unieruchomiony, jak kilka sekund temu. I prawdopodobnie był w dokładnie takim samym niebezpieczeństwie. A jednak każde kolejne pociągnięcie ciepłego palca na jego skórze przypominało mu, na jak cienkim włosku wisi jego życie i kto trzyma nożyczki.
Multi musiał to zauważyć, bo swoim melodyjnym głosem powiedział:
-Spokojnie. Wszystko będzie dobrze Ewronie, to już koniec. Nie będzie więcej żadnych ołtarzy i duchów, nie musisz już starać się wyciągnąć ode mnie leków, przejmować się ciemnym kukuruczo. To już koniec- pochylił się niżej tak, by jego twarz była bezpośrednio przed nosem Pandy. Mógł poczuć jego ciepły oddech na swoich uszach, gdy mówił- Jesteś ze mną bezpieczniejszy, niż kiedykolwiek byłeś sam
Jakoś go to nie przekonywało, ale bliskość naukowca była hipnotyczna, bardziej nawet niż wcześniejsze stukanie narzędziami. Coś w jego głosie, oczach, sprawiało że Ewron zapominał o samym sobie. Stawał się jakąś lodowatą nicością. Coś o tym, że jeśli za długo patrzysz w pustkę, pustka spojrzy w ciebie.
-Umrę
Wymknęło się spomiędzy jego ust. Było ciche i brzmiało bardziej jak wydech, niż wypowiedziane słowo. Ale oczywiście, oczywiście Multi usłyszał to i zrozumiał całkowicie. Mocniej zacisnął dłoń na jego włosach, zaczął nawijać sobie pojedyncze kosmyki na palce.
Nadal nie odsuwał swojej twarzy, ciepło jego oddechu nadal było jedyną rzeczą przełamująca ogarniający go mróz.
Bał się bardziej, niż gdy stał oko w oko z fatal errorem. Bał się bardziej, gdy stał oko w oko z szarą eminencją. Być może ostatecznie jego największy strach to zawsze było właśnie to. Znajoma twarz opanowana obcą siłą.
-Czy to naprawdę taki problem?
Mruknęła owa siła, wykorzystując usta Multiego. Szaleństwo w jego głowie, uran w żyłach. A może nie, może to po prostu był on. Albo jego nigdy nie było, zawsze miał służyć tylko za naczynie dla zła.
Nie był w stanie odpowiedzieć na pytanie. Nie znał nawet odpowiedzi. W tej chwili był zamarznięty, przerażony do tego stopnia, że wolałbym nie żyć. Chciał, żeby to wszystko wreszcie się skończyło.
Ostatecznie naukowiec odsunął się od niego. Stanowczym gestem zabrał dłoń, pozwalając, by pandę pochłonęło absolutne zimno, a tym samym totalna panika.
Poczuł się, jakby coś osuwało mu się spod nóg, choć leżał. Był sam. Jasne światło nad jego głową, miał wrażenie, że leży tu od od dawna, od tak cholernie dawna. W jego głowie nie było żadnych innych wspomnień, świat zawęził się do tego białego światła i białego sufitu. Nie czuł nic poza zimnem tak przejmującym, że zjadało samo siebie. W pewien sposób nie czuł nic. Serce waliło mu z pełną siłą i szybkością, walczył o każdy oddech, ale ten walki nie zauważał. Coś wlało się w jego otępiałe mięśnie, powoli rozlewająca się fala adrenalina, zupełnie jednak bezradna i bezużyteczna, wprawiająca tylko w jeszcze większą panikę.
-Multi, Michał błagam…
Syknął, bezwiednie zaciskając zęby. Pot suwak mu po czole mieszając się z starą krwią i łzami. Ręce zaczęły mu drżeć, choć nie mógł się ruszyć. To był niemal odruch. W tym morzu jasności i lodu to była jedyna żywa istota o której mógł pomyśleć, jedyna, o istnieniu której jeszcze w ogóle pamiętał. Ostatecznie on zawsze jakoś był, on nigdy nie znikał, jego cień zawsze unosił się nad jego życiem i uprzykrzał je i jeśli było źle, to prawdopodobnie miał z tym coś wspólnego. I jeśli błagał kogoś o litość, to prawdopodobnie jego.
Więc teraz również z jego ust wysypała się lawina słów, każde coraz mniej zrozumiałe. Nie miał pojęcia, co mówi, chciał tylko zostać usłyszanym. Nie potrafił już nawet stwierdzić, skąd jego strach pochodzi, dlaczego jest taki intensywny. Czy naprawdę Multi go tak przerażał? Przecież znał go tak dobrze, wykiwał go tak wiele razy. Oszukiwał i okłamywał. Patrzył jak na równego sobie, lub wręcz kogoś mniejszego. Czy to możliwe, żeby teraz budził w nim taką obawę?
“No to mamy szczęśliwe zakończenie”
Trzymał swoją dłoń na jego ramieniu, czuł, jak tamten relaksuje się pod jego dotykiem. Jak patrzy na niego z zaufaniem, jak bezwiednie szuka jego pomocy w bitwie, odpowiedzi na jego twarzy.
Byli rodziną. Multi sam tak o nich mówił: “rodzina”. Czy to więc możliwe, że to jego się bał? Czy błagał go o pomoc, czy o litość? Chciał po prostu znowu na niego spojrzeć i zobaczyć kogoś sobie bliskiego. Chciał znaleźć w nim iluzje bezpieczeństwa. Być może Michał miał rację mówiąc, że będzie z nim bezpieczny, bo w tej chwili czuł, że to rzeczywiście jedyne źródło bezpieczeństwa, jakie kiedykolwiek mógłby mieć. Jedyna stabilizacja, jedyna stała w świecie.
Więc mówił, absolutnie szczerze w tym sensie, że nie zachodził u niego żaden proces myślowy. Po prostu wypluwał z siebie wszystko, co kotłowało mu się w głowie. Przy tym wciąż ledwo mógł oddychać, dławił się łzami i krwią, która znów zaczęła ciec mu z nosa i chyba z samych wnętrzności, bo miał jej w ustach absurdalnie dużo. Kaszlał nią co chwila, dodatkowo rozdzierając sobie gardło. Trząsł się z zimna i adrenaliny.
Prosił o wybaczenie. Przepraszał, nie wiedząc do końca, za co i przepraszał za bardzo konkretne rzeczy (często te zupełnie małe, z zewnętrznej perspektywy nic nie znaczące). Za często używał słowa “lord”, zupełnie nie zważając, że naukowiec nie wie, o co chodzi. Wyklinał go, wyzywał, obwiniał o wszystko. O Bladiego, Zege, Juana. O całe ich Królestwo i o spokój na wyspie. O radiację, o Haipera, o Katie. Mówił o kościele i o Ghosty, o absurdzie swoich wyrzutów sumienia. “Nie jestem złą osobą”.
Multi patrzył na to z kamienną twarzą.
Nawet gdyby Ewron był w stanie naprawdę mu się teraz przyjrzeć, nie mógłby wyczytać, co o tym wszystkim myśli. Zdawało się, jakby patrzył w nicość, jakby ta sytuacja działa się zupełnie obok niego. Jedynymi wskaźnikami na jakiekolwiek poruszenie z jego strony było to, jak zamarł. Jakaś przed chwilą odkładana na miejsce strzykawka zawisła w pół drogi do pojemnika, wydawało się, że nawet nie oddycha. Oczy miał skupione na jego twarzy, idealnie nieruchome.
Wreszcie, kiedy Ewronowi zabrakło tchu by kontynuować, powoli wsunął trzymane narzędzie do jednej z swoich licznych kieszeni, a potem podszedł do stołu na którym leżała panda.
Ku jej zaskoczeniu nie pochylił się jednak nad nim jak nad pacjentem. Zamiast tego ostrożnie usiadł na krawędzi obok niego, ruchy wciąż miał sztywne, wzrok zafiksowany. Trwał tak chwilę w bezruchu, może jeszcze się namyślając.
Wreszcie sięgnął po niego. Cały ten czas był delikatny, ale aż tak jeszcze nigdy wcześniej. W ogóle chyba nigdy nie widział go tak delikatnym, nawet z swoimi eksperymentami. Złapał go za ramiona i podciągnął do niepewnego pionu, tak, by siedzieli obok siebie. Panda ledwo miał dość energii, by utrzymać się w takiej pozycji, nie musiał tego jednak robić długo, bo Multi objął go tak, by opierał się o jego ramię.
Ogarnęło go ciepło. Ramię naukowca owinęło się wokół jego barków, jego druga dłoń została ostrożnie umieszczona na jego piersi, mniej więcej na wysokości serca. Czubek jego głowy opierał się o policzek wyższego mężczyzny, jego oddech delikatnie smyrał puchate uszy. Michał po prostu go przytulił. Było to tak niespodziewane i dziwne odczucie, że Ewron nie próbował już nawet nic mówić. Poczuł jak wstrząsa nim szloch. Nie ciche, niezauważalne łzy które wcześniej płynęły mu z oczu. Zwyczajny szloch, płacz, rozdzierający go od środka. Pochylił się do przodu, dłońmi z całej siły chwycił fartuch Multiego i płakał tak, że zupełnie nie mógł oddychać.
Trzymające go w pionie ręce pozostały ciepłe i stabilne. Wszystko wokół wydawało się spadać i rozmywać, świat stracił jakiekolwiek krawędzie i była tylko jedna istota, trzymająca go w bezkresie zimnego bez sensu.
-Jest już po wszystkim- mruknął mu do ucha Michał, delikatnie głaszcząc go po włosach. Trzymał go jak przerażone zwierzę- To już koniec, obiecuję
W odpowiedzi otrzymał tylko stanowcze potrząsanie głową. Ewron ledwo rozumiał, co się do niego mówiło, ale nie wierzył w ani słowo. Głównie dlatego, że w ogóle w nic teraz nie wierzył. Multi, w nietypowym dla siebie porywie cierpliwości, pozostał tym zupełnie niezrażony. Delikatnie złapał policzek Pandy i pociągnął go tak, by spojrzał mu w oczy.
Były ciemne, teraz dla odmiany szeroko otwarte. Tęczówki rozszerzone od narkotyków i błyszczące od łez. Długie rzęsy rzucały na nie cienie w intensywnym świetle. Drążące usta, rozsmarowana po nich krew.
-Ewron, proszę, proszę posłuchaj mnie- mruknął cicho, ale stanowczo, pochylając się tak, że niemal stykali się nosami- To ja, to ja. Znasz mnie, znasz mnie może lepiej, niż na siebie. Jesteś bezpieczny, jesteś ze mną
Z trudem łapał powietrze, zmuszając się, by rzeczywiście przetworzyć, co się do niego mówi. Multi wydał mu się teraz absurdalnie piękny. W swoich zamazanych oczach widział fiolet, powoli ściekający o jego policzkach, mieszający się z realną zielenią. Widział jego uśmiech, cień uśmiechu, z czasów gdy był o wiele, wiele młodszy.
“Gdybyś się kiedyś zgubił”
Chciał coś powiedzieć, miał wrażenie, że jest jeszcze coś, co powinien mu powiedzieć. Zanim to wszystko się skończy, jeszcze jakaś jedna rzecz. Ale nie wiedział co, miał w głowie totalną pustkę, tylko ta twarz, dłoń zaplątana w jego włosy, zaciśnięta na jego ramionach.
Trwali teraz bez ruchu, twarz przy twarzy. Ewron totalnie zagubiony w swoich wspomnieniach, z jedyną rzeczą utrzymująca go na powierzchni będącą osoba przed nim.
Multi spokojny, skoncentrowany, wciąż trzymający go z całej siły, jakby rozumiejąc, że jest jedyną rzeczą trzymającą pandę przy zdrowych zmysłach.
Jak ironicznie. On trzymający kogoś przy zdrowych zmysłach.
Pochylił się, tak by zetknąć ich usta. Ruch był zupełnie minimalny, i tak dzieliła ich bardzo niewielka odległość. Pocałunek był powierzchowny, zetknął tylko ich wargi. Jedne były lodowate, drugie rozpalone. Te pierwsze lepiły się od krwi, na wpół zaschniętej i lepkiej.
Michał, nie odsuwając się, powoli sięgnął do kieszeni fartucha. Gest był niemalże niezauważalny, Ewron z pewnością nie zwrócił na niego uwagi.
Naukowiec tymczasem wyjął nie odłożoną chwilę temu strzykawkę. Znał jej zawartość doskonale.
Ostrożnie wsunął swój język między jego wargi, zacisnął na nich zęby. Smak krwi zalał teraz jego usta w całości, musiał jej nawet trochę połknąć. Usłyszał zaskoczony pomruk pandy, który jednak bez wahania oddał się działaniom naukowca.
Odnalazł jego ramię, było osłonięte kilkoma warstwami materiału, ale długiej igle nie stało to na przeszkodzie. Najpierw owinął wokół niego swoją dłoń,w geście, który najlepiej oddawało chyba słowo “czuły”, choć nie brało pod uwagę jego stanowczości, profesjonalizmu niemalże. Następnie, nie odsuwając swoich ust od ust Ewrona, wbił strzykawkę w ciało.
Panda nawet tego nie zauważyła, już i tak zupełnie wyczerpana i oszołomiona. Najpewniej i tak nie dożyłby poranka, w tym co Multi zrobił było więcej miłości i miłosierdzia niż w wciąż trwającym pocałunku.
Pozwolił, by pusta strzykawka wyślizgnęła się spomiędzy jego palców. Powoli cofnął głowę, by spojrzeć na istotę w swoim ramionach z większej odległości. Wciąż miał smak jego krwi w ustach.
Ewron spokojnie oparł głowę o jego klatkę piersiową, pierwszy raz odkąd trafił do laboratorium wziął głębszy oddech. Była spokojny, bezpieczny. Nie czuł już nic, ani zimna, ani ciepła. Ani łez kapiących powoli z jego oczu. Nie słyszał hałasu w swojej głowie, wreszcie zapadła cisza. Po raz pierwszy odkąd trafił na wyspę, być może po raz pierwszy, odkąd stanął obok lorda Multiego na szczycie tamtych schodów.
-Dziękuję
Wyszeptał. Ręce naukowca owinęły się wokół niego jeszcze trochę mocniej, przyciskając go jeszcze trochę bliżej. Mógł usłyszeć bicie jego serca. Zamknął oczy.
Michał jeszcze nigdy nie widział go tak zrelaksowanym. Nawet, gdy czasem migał mu gdzieś śmiejąc się z Nexe czy Ashem. Nigdy nie było w nim tyle spokoju, zawsze był czujny, kręcące się uszy, drgający ogon, ręce zaciśnięte w pięści. Zawsze gotowy do walki, teraz był zupełnie bezradny. Zdany na jego łaskę, której zabrakło. W tej chwili nie miał jednak wcale wrażenia,że kiedykolwiek stanowił dla niego zagrożenie. Ostatecznie naprawdę byli kiedyś rodziną i teraz, na krótki moment, mogli do tego po prostu wrócić. Mógł go trzymać i pozwolić sobie na iluzję uczuć, które dawno zniknęły. Ewron nie stanowił już, już nigdy nie miał stanowić, zagrożenia. Więc Multi mógł sobie pozwolić na słabość, jaką była myśl, że mu zależy, że panda jest urocza, że ma w sobie element jakiejś subtelnej delikatności, który zawsze go ujmował. Że jego intensywność jest porywająca, jego śmiech irytujący bo sprawiał, że jemu też chce się śmiać. Że zazdrościł Ashowi, nie w ten oczywisty, niski sposób, ale na jakimś znacznie głębszym poziomie. Zazdrościł mu możliwości walki o to głupie, bezwartościowe życie asasyna, zazdrościł możliwości funkcjonowania z nim na równi. Bo między nimi- między Ewronem i Multim, nigdy nie było możliwości wypracowania kompromisu, nigdy nie było opcji równowagi. Ktoś zawsze musiał wygrać, a teraz stawało się jasne, kto to będzie w tej wersji historii.
Ostatecznie teraz nie miało to już żadnego znaczenia.
Pochylił się, pocałował czubek trzymanej przez siebie głowy, idealnie pomiędzy miękkimi uszami. Czuł każdy element trzymanego przez siebie ciała i czuł, jak oddech w nim powoli zanika, najpierw zwalnia, potem staje się nieregularny i urywany. Przyłożył dłoń do nadgarstka pandy, nie chcąc przegapić ostatniego uderzenia jego serca.
Raz dwa, raz dwa, raz dwa. Kolejne oddechy, coraz płytsze, pojedyncze. Chyba nigdy nie trzymał nikogo tak blisko, tak mocno. Cieszył się każdym, szybko przeciekającym mu przez palce momentem. Gdyby tylko Ewron był odrobinę inną osobą, tak mogłoby być zawsze. Ale gdyby był choć odrobinę inną osobą, Multi wcale by tego nie chciał.
Raz dwa, raz dwa, raz.
Powoli rozluźnił chwyt na trzymanym nadgarstku.
-Ja też- wyszeptał- Ja też dziękuję
