Work Text:
Facet z włócznią, Gala i rzekoma bogini polowań zniknęli za wzgórzem, siedząc tamtemu żołnierzowi na ogonie. Ha, całkiem nieźle. Jednak umieli się skradać, w co na początku mocno wątpił.
Jaka przyjemna cisza. Nikt nie piszczy ani nie zadaje bezsensownych pytań. Wziął głęboki oddech i wsłuchiwał się w odgłosy wiatru wyjącego ze szczeliny Taothos i... No właśnie, przemarsz haliańskich żołnierzy. To by było na tyle, jeśli chodziło o długo wyczekiwany spokój. Odwrócił się do nieco zamyślonej Merlin.
- Martwisz się o nich? - zapytał z lekkim zdziwieniem, widząc, jak jej wzrok jest utkwiony w kierunku, gdzie zniknęli. Potrząsnęła lekko głową, jakby wyrywając się z zamyślenia.
- Niezupełnie - odparła, wciąż lekko nieobecna.
- Och, daj spokój - rzucił lekko, w znacznie lepszym humorze, odkąd nikt paplał mu za uszami. - Facet z boską bronią, mała dziewczynka Dzikonarodzonych, co o dziwo ma magiczny talent i wielka bogini polowań. Nic im nie będzie.
- Tak, wiem. Nie do końca to mnie martwi... - Czy mu się wydawało, czy zawahała się przed tą wypowiedzią? Znał ją na tyle długo, że wiedział, że to nie było żadne głupie przesłyszenie.
A jednak, nie zamierzał drążyć. Powie mu, kiedy będzie to istotne.
- Chodźmy - powiedziała, całkowicie odgoniwszy się od wszelkich myśli, które wcześniej zaprzątały jej głowę. - Armia sama się nie wyśledzi.
Westchnął ze zmęczeniem, ale jednocześnie uśmiechnął się pod nosem. Tak. Pracował sam... Albo z Merlin. I tylko z Merlin.
- A szkoda - rzucił. - Zróbmy to jak najszybciej.
***
Błoto. Brud. Wszędzie brud. Moczarzyska nie na darmo dostały swoją nazwę. Niemal współczuł wszystkim tym żołnierzom, po kolana brnących w błocie. Niemal.
Nigdy więcej takich akcji śledzących.
Jedynym pozytywem było to, że wreszcie mógł w spokoju pomyśleć, bez jazgotu za uszami. Ciekawe, że Merlin zawsze potrafiła zachować ten swój spokój, ogarniając jednocześnie tych wszystkich tępaków z Halii i negocjując z Dzikonarodzonymi.
Czasem zastanawiał się, skąd ona miała tyle wytrwałości w tym wszystkim.
Ah, no i oczywiście, zdołała jeszcze w międzyczasie zaciągnąć do ich dwuosobowej wcześniej Rady nową członkinię. Która na dodatek była podobno Boginią Polowań. Jak dla niego, było to coś lekko naciągane. Kompletnie nie zachowywała się jak boginie, które miał wcześniej nieprzyjemność poznać. I zdecydowanie za bardzo zależało jej na jej małej emisariuszce.
Cóż, Merlin raczej się nie myliła. Niemniej, cały czas miał wrażenie, że coś tu nie pasowało.
- Hej, czy to nie ten buc, co oprowadzał nas po Halii? - zapytał od niechcenia, kiedy schowali się w jakichś krzakach. Może nie było to najwygodniejsze, ale lokalizacja jako punktu obserwacyjnego była bardzo dogodna. Patrzyli na w pośpiechu porozkładane wszędzie namioty i żołnierzy krążących w te i we w te. Mimo głodu pustoszącego cały kraj, wyglądali na dość zmotywowanych do rzucenia się Dzikonarodzonym do gardeł.
- Porucznik Lygos. - potwierdziła Merlin, podążając za jego wzrokiem. - Jest zastępcą Perseusza. Nie wysłaliby swoich głównych sił bez przewodnictwa kogoś z ich dwójki. Jesteśmy na dobrym tropie.
- Nadal nie wiem, co wodorostowłosy musiał mieć w głowie, żeby mianować go swoim zastępcą.
Cóż, nie nam to oceniać. Choć faktycznie, to dość... Zaskakujący wybór.
Oboje równocześnie spojrzeli na mężczyznę wrzeszczącego na jakichś losowych żołnierzy. Zdecydowanie, generał wypadał pod tym względem znacznie lepiej.
Miarowe kroki niebezpiecznie blisko ich kryjówki zmusiły ich do umilknięcia. Jeszcze tego tylko brakowało, żeby haliańskie siły zbrojne posądziły ich o szpiegowanie. I bez tego mieli z nimi mocno na pieńku, choć w sumie zrzuciłby to na ich ignorancję i pobożne płaszczenie się przed upadłym bogiem.
- Naprawdę jesteś przekonany do ataku na Dzikonarodzonych teraz? - usłyszeli. Uniósł brwi i spojrzał na Merlin. Czyli jednak nie wszyscy ślepo ufali swojemu cudownemu bóstwu, co?
Generał jakoś szybko zmienił zdanie -ciągnął głos. - Pamiętasz? Zawsze sprzeciwiał się otwartej walce.
- Sytuacja się zmieniła, sam Bóg Żniw zstąpił, by wydać swój boski rozkaz! -odpowiedział drugi żołnierz, zdecydowanie bardziej entuzjastycznie.
- A nie wydaje ci się, że ten bóg był jakiś... Inny? - zapytał ciszej pierwszy, jakby bojąc się, czy ktoś nie podsłuchuje. A to pech, nie wiedział o Radzie Arkanów w imponującej liczbie członków schowanej w krzakach, chłonących każde słowo.
Inny? - zaperzył się tamten. - Daj spokój, sprzeciwiasz się naszemu ukochanemu bóstwu? Temu samemu, które od zawsze chroniło Halię?
- Nie-e...
Rozmowa ucichła, kiedy obaj żołnierze zniknęli za rogiem.
- Tego się nie spodziewałam... Wygląda na to, że zdania co do słuszności ataku są podzielone. - Merlin wpatrywała się w zamyśleniu w miejsce, gdzie przechodziła dwójka żołnierzy. - Jeśli wymknie się to spod kontroli, może zaważyć na nastrojach w całej armii. To z kolei może przeważyć szalę zwycięstwa w stronę Dzikonarodzonych.
Morgan westchnął głośno.
Więc, mamy do czynienia z jakimiś niedowiarkami. Wreszcie. Już myślałem, że wszyscy tutaj mają klapki na oczach. -Spojrzał na nią z namysłem. - To... Cieszymy się z tego, czy nie?
- Nie jestem do końca pewna. - Merlin potrząsnęła głową. - Mogłoby to być korzystne, gdyby większość postanowiła złożyć broń. Ale nie sądzę, żeby do tego doszło, niestety. Dopóki przewodzi porucznik Lygos, wszelkie próby sprzeciwu prawdopodobnie zostaną stłumione.
- Eh, świetnie. Czyli nie robi to nam zbytniej różnicy?
Według moich podejrzeń, nie.
Ze znużeniem spojrzał na żołnierzy, którzy zaczynali się o coś kłócić. Jego marzenia o krótkim i szybkim zwiadzie właśnie licho porwało. Albo coś równie złośliwego.
- Patrz - poderwał głową, kiedy Merlin zrobiła jakiś nieokreślony ruch ręką w stronę obozu.
- Jakieś zamieszanie.
- Nic istotnego - stwierdził krótko. - Pewnie jakieś bezsensowne kłótnie. Takie marnotractwo energii... Wiesz, jak to jest przy takich akcja- A to co? - zmarszczył brwi.
Gdzie oni leźli? Nie wyglądali, jakby zwyczajnie tchórzyli. Raczej... To nie wyglądało zbyt dobrze.
- Działają na rozkaz - odszepnęła Merlin, śledząc ich spojrzenia.
Podążył za jej wzrokiem. Zabawne, porucznik wyglądał, jakby coś rozsadzało go od środka.
Ah, no tak, on zawsze tak wyglądał.
- Baran - mruknął pod nosem.
Merlin udała, że nie słyszała. Zamiast tego w dalszym ciągu ze skupieniem lustrowała odchodzących żołnierzy.
– Mają inny kolor chustek, to jakieś elity – rzucił cicho.
Rzuciła mu krótkie, zaskoczone spojrzenie.
Nie wiedziałam, że umiesz rozpoznawać takie rzeczy.
Mam wiele ukrytych talentów.
- Nigdy w to nie wątpiłam.
Po chwili ciszy dodała jeszcze:
- Kierują się na bagna. Jeśli mam rację, to prawdopodobnie zwiadowcy.
Bagna... - coś mu świtało. - Czy to nie tam przypadkiem kierowała się reszta?
- I Perseus.
Co, już się za nim stęsknili? - rzucił
lekceważąco. - Nic dziwnego, jak wystawia sobie takiego zastępcę...
- Cóż, wygląda na to, że mamy dwie teorie.
Zwiad i spotkanie z Perseusem. Właściwie, nie muszą się nawet wykluczać.
- Cudnie. To... Co, wracamy?
Kiwnęła głową z namysłem.
- Nie wydaje mi się, żebyśmy czegoś jeszcze się tu dowiedzieli. Wracajmy. Musimy jeszcze dowiedzieć się, gdzie dokładnie zmierzał ten oddział Perseusa.
Jesteś absolutnie pewna, że dowiedzą się czegoś ciekawego?
Spojrzała na niego spokojnie.
Wierzę w nich.
- Ha! Mam taką nadzieję. Nie mam zamiaru odwalać za nich całej roboty,
Uśmiechnęła się delikatnie.
- Ale powiedz, gdyby zaszła taka potrzeba... Nie siedziałbyś bezczynnie, prawda?
Uśmiechnął się z zadowoleniem.
- Zdziwiłabyś się.
Wiem, że nie.
- Nie podpuszczaj mnie, Merlin.
Patrzyła na niego z delikatnym uśmiechem i absolutnym spokojem. Ale on nie był ślepy. I widział ten subtelny cień rozbawienia.
- Nic nie robię - odparła niewinnie.
- Mhm, jasne.
