Actions

Work Header

this bar ain't big enough for the both of us

Summary:

Lokalny kasanowa Mingi nie zna smaku odrzucenia ze strony płci pięknej. Upatrując sobie uroczą Jane, jest przekonany, że i ona ulegnie jego wdziękom. Niestety, piekielnie przystojny nieznajomy postanawia zachwiać dobrą passę w życiu miłosnym Mingiego.

Work Text:

Promienie słońca padały na fałdy rozgrzanego piachu pod kątem niemal dziewięćdziesięciu stopni. Upał był niemiłosierny, co dawało się we znaki każdemu, w tym klaczom i ogierom, które choć sapały z przegrzania, wciąż pokornie znosiły znoje teksańskiego gorąca. Nie inaczej było z Sagittą, ciemnogniadą klaczą Mingiego, który właśnie dotarł pod próg Texas Ranger, lokalnego baru. Rutynowo uwiązał Sagittę w zadaszonej przybudówce przy lokalu, gdzie koń chroniony był przed słońcem, a także miał stały dostęp do wody i siana. Mingi, ocierając pot z czoła, rzucił okiem na cień rzucany przez słońce. 

— Samo południe — sapnął pod nosem, pozwalając swoim pełnym wargom wykrzywić się w zadziornym uśmiechu. Godzina dwunasta oznaczała początek czwartkowej zmiany blondwłosej barmanki, która przed kilkoma tygodniami zakręciła Mingiemu w głowie.

Jako regularny bywalec wspomnianego baru nie raz, nie dwa wdawał się we flirt z barmankami. Zazwyczaj owe podboje kończyły się pomyślnie dla Mingiego — na zapleczu lub w toalecie, z dłońmi pod materiałem sukni. Nowa barmanka, Jane, grała trudną do zdobycia, co podjudzało Mingiego do zwiększenia swoich starań. W ostatnich dniach przychodził do baru codziennie, wraz z początkiem zmiany swojego obiektu zainteresowania. Kobieta szybko nauczyła się jego stałego zamówienia. Zawsze, gdy zauważała go w drzwiach, szykowała jego ulubione whisky, nie zapominając o speszonym uśmiechu.

Takiego powitania Mingi oczekiwał także i tego dnia, ale widok, który czekał na niego po przejściu przez zdezelowane drzwi wahadłowe, prędko starł mu uśmiech z twarzy. Za barem istotnie stała jego ulubienica, śliczna i rumiana Jane, jednak wyjątkowo nie zauważyła Mingiego. Jej wzrok był utkwiony w mężczyźnie siedzącym przy barze. Ciemne włosy wystawały spod kowbojskiego kapelusza, który doskonale zgrywał się z ciemnym dżinsem i brązową skórą ubioru. Mingi zaczął zastanawiać się, czy on i nieznajomy nie zaopatrywali się w odzież u tego samego krawca. Myśl ta jeszcze bardziej wyprowadziła Mingiego z równowagi. Jak gdyby odbieranie uwagi blondwłosej piękności nie było wystarczające.

Sukinsyn — Mingi pomyślał, prychając głośno pod nosem. Brzmiał łudząco podobnie do Sagitty, która nigdy nie omieszkiwała w ten sam sposób okazywać swojego niezadowolenia.

Mingi przemierzył bar pewnym krokiem, pozwalając swojej spoconej dłoni opaść z mokrym klapnięciem na skórzaną kamizelkę nieznajomego kowboja. Ten obrócił się niespiesznie, unosząc wzrok na Mingiego spod swoich zmarszczonych brwi. Mingi przywdział zaś sztuczny uśmiech na twarz, który był niemym, acz klarownym komunikatem, że nie miał przyjaznych zamiarów.

— Tyś chyba zbłądził, obcy. Nigdy wcześniej cię tu nie widziałem — Mingi odezwał się na tyle głośno, aby większość osób obecnych w Texas Ranger spojrzała w ich kierunku.

Drugi kowboj również wykrzywił swoje usta w uśmiechu, niemniej pokazowym. Mingi przełknął ciężko ślinę i choć nie chciał dać tego po sobie poznać, to twarz nieznajomego zaparła mu dech w piersi, jakoby zaciągnął się tumanem pustynnego kurzu. Ciemne oczy patrzyły na niego z błyskiem, który jasno mówił, że obcy nie bał się Mingiego; nie miał zamiaru się wycofywać. Spieczone słońcem policzki wywindowały do góry wraz z kącikami ust. Opalenizna niemal całkowicie ukrywała piegi, ale były one widoczne w blasku południowych promieni słońca.

Przystojny jak grzech sukinsyn.

— A ty to kto? Stajenny? — nieznajomy odparł z przekąsem, w między czasie jednym haustem dokańczając resztkę whisky.

Palce Mingiego zacisnęły się na ramieniu drugiego kowboja. Nie wypadało mu pokazać, kto tu rządził, podczas gdy obserwowały go duże, niebieskie oczy Jane, dlatego też prędko rozluźnił uścisk swojej dłoni i zajął miejsce przy barze. 

— To, co zawsze, złotko. — Mrugnął w stronę Jane, która od razu przystąpiła do realizacji jego zamówienia, pozostawiając Mingiego i nieznajomego samych sobie. — Musiałeś wypaść koniu spod ogona, skoro nie wiesz, kim jestem — wypalił groźnym tonem, nie przejawiającym ani śladu uprzedniej zalotnej wesołości.

— Dżentelmeni mają w zwyczaju przedstawiać się nowopoznanym. Zwą mnie Park. Seonghwa Park. — Kowboj wyciągnął rękę w stronę Mingiego, ten jednak prychnął tylko lekceważąco pod nosem.

— Niezbyt obchodzi mnie jak się zwiesz, ale musisz wbić sobie jedno do tego zgrzanego łba, Park. Jane — Skinął na krzątającą się kobietę, przygotowującą jego whisky. — należy do Song Mingiego. — Wskazał palcem na własną pierś.

— Nie widzę obrączki na jej palcu. — Seonghwa uniósł brew w wyzywającym geście.

— Wkrótce…wkrótce będzie ją miała i nie pozwolę, aby jakiś przeklęty czaruś mi w tym przeszkodził.

— Musisz się pospieszyć ze swoimi zalotami, jeśli nie chcesz, żeby ktoś zwinął ci ją sprzed nosa. Mało kto odpuści sobie tak dorodną pannę.

— Lepiej dla ciebie, żebyś to zrobił — Mingi wycedził przez zęby.

Kowbojowi powoli puszczały nerwy. Za kogo ten łajdak się uważał? Mingi zawsze dopinał swego — gdy upatrywał sobie coś, prędzej czy później to zdobywał. Tak samo było z kobietami. Konkurenci zazwyczaj schodzili mu z drogi, nie chcąc napytać sobie biedy. Seonghwa ewidentnie prosił się jednak o guza.

— Bo co? — Seonghwa buńczucznie przechylił głowę. Mingi powstrzymywał się zaś ostatkami sił od zaciśnięcia dłoni na łuszczącej się od słońca szyi drugiego kowboja.

— Nie chcesz mieć we mnie wroga, Park. Każdy drań, który ze mną zadarł, wącha już kaktusy od spodu.

Seonghwa nic sobie nie robił z powagi, z jaką Mingi mu groził. Wręcz przeciwnie, wybuchł szczerym śmiechem, odrzucając głowę do tyłu. Mingi mimowolnie zatrzymał swój wzrok na wyraźnie zaznaczonej grdyce drugiego mężczyzny.

— Muszę przyznać, że jesteś zabawny, ale jednocześnie tak groźny jak źrebięta na ranczu moich rodziców. Nie chcę, żebyś zrobił sobie krzywdę przy spełnianiu swoich gróźb. Mam więc propozycję.

Brew Mingiego wystrzeliła do góry. Był on świadomy, że Seonghwa nie traktował go poważnie. Mingi pragnął pokazać mu, jak źle mógł na tym skończyć, lecz nie chciał też od razu uciekać się do rozlewu krwi. Skinął więc od niechcenia, gotowy wysłuchać piegowatego kowboja.

— Od dziś przez następne dwa tygodnie będziemy zabiegać o względy Jane. Masz już nade mną przewagę, skoro znałeś ją wcześniej. Uznajmy, że z chęcią dam ci fory. Za dwa tygodnie będzie musiała wybrać jednego z nas.

.°˖⋆ ⁀➴ 𓃗 .°˖⋆

Wizyty w Texas Ranger z przyjemnych i pełnych chwil pozbawionych pruderii szybko zmieniły się w podnoszące u Mingiego ciśnienie. Każdy komplement posłany w stronę uroczej Jane okraszony był znacznie bardziej wyszukanym pochlebstwem ze strony Seonghwy. Każdy cent napiwku blaknął przy piętrzących się banknotach rzucanych na bar przez Seonghwę. Każdy sukces Mingiego zdawał się pozostawać w cieniu przechwałek drugiego kowboja. Każdy też jego strój, mimo że ubierali się zgoła podobnie, wprawiał Mingiego w zakłopotanie, przyćmiewając go o stokroć. Błysk w oku Seonghwy był jaśniejszy niż teksańskie, gorejące słońce, a jego uśmiech zawstydzał najszczersze perły. Mingi musiał więc przyznać, choć z bolącym sercem i zranioną dumą, że Seonghwa wiódł niezaprzeczalny prym w ich pojedynku. 

Jane jednak — ku wielkiemu zdziwieniu Mingiego — nie wyglądała na bardziej zainteresowaną Seonghwą. Nie dawała też znaków, jakoby bardziej pociągał ją Mingi, co tylko potęgowało jego frustrację. Ich rywalizacja nie tylko urągała samoocenie Mingiego, ale także zdawała się nie przynosić skutków. Jane posyłała im te same nieśmiałe uśmiechy, którymi obdarzała innych klientów. Dziękowała grzecznie za komplementy i mlicząc, wysłuchiwała opowieści obydwóch kowbojów. Nie komentowała w żaden sposób ich zalotów, zupełnie jakby nie zdawała sobie z nich sprawy, a może ignorowała je z premedytacją. Mingi jednak nie poddawał się tak łatwo. Przeszkadzał mu jedynie fakt, że dzielili z Seonghwą tę cechę.

W ostatecznym dniu ich rywalizacji — równo dwa tygodnie od jej podjęcia — Mingi dał z siebie wszystko, aby wyglądać jak najlepiej. Ostatni raz spędził tyle czasu w łazience, gdy złapał cholerę. Z autopsji wiedział już jednak, że dorównanie w tym Seonghwie było nie lada wyzwaniem — drugi kowboj zawsze wyglądał bezbłędnie (nawet jeśli Mingiemu cofało się śniadanie na samo przyznanie tego w myślach). Poza tym, była to gra warta świeczki. Już dawno żadna panna nie zakręciła tak w głowie Mingiemu jak właśnie Jane. Nawet świadomość, że Seonghwa bił go w zalotach na głowę, nie pozbawiła go więc nadziei, że być może to właśnie Mingi w swojej nieidealności urzekł ją bardziej.

— A więc — odchrząknął Seonghwa po upiciu łyka zimnego whisky, które po codziennym sączeniu nieco mu już zbrzydło — nie będę owijał w bawełnę. Myślę, że nasza rywalizacja o twoje względy była dość oczywista. Ty, jednak, piękności z Południa, nie dajesz po sobie poznać, który z nas jest ci droższy. Nie trzymaj nas, proszę, dłużej w niepewności.

— Och. — Mina Jane nieco zrzedła, jakoby nie spodziewała się takiej prostolinijności. — Ja…nie mam serca odrzucić jednego z was. Postawienie mnie przed takim wyborem jest doprawdy bezduszne — stwierdziła, wydymając lekko dolną wargę.

— W takiej sytuacji rozlew krwi jest nieunikniony — Mingi stwierdził poważnie, chwytając za swój rewolwer. Pewnym ruchem pociągnął za sznur przymocowany do mosiężnego dzwonu wiszącego nad barem, alarmując tym samym wszem i obec, że wyzywał Seonghwę na pojedynek na śmierć i życie. — Niech rozsądzą nas pociski, Park.

Jane wydała z siebie okrzyk protestu, lecz zdawała sobie sprawę, że nie była już w stanie powstrzymać mężczyzn. Nawet jeśli teraz wybrałaby jednego z nich, ich duma nie pozwoliłaby im na rezygnację z pojedynku. Nie pozwoliliby na to także zgromadzeni w barze inni kowboje, których gromkie okrzyki ekscytacji poniosły się po lokalu.

Seonghwa uniósł do góry brew, nie omieszkając uśmiechnąć się z wyższością. Opierając się o bar, uniósł się do pionu. Nim Mingi zdążył mrugnąć, drugi kowboj miał już w ręku swoją broń. O ironio, dokładnie ten sam model, który spoczywał w dłoni Mingiego.

— Chciałem tego uniknąć, ale nie pozwolę wygrać ci walkowerem, Song. Niech zwycięży lepszy.

Kowbojskie pojedynki bynajmniej nie były rzadkością w Texas Ranger, ale nie były też stałym elementem codzienności, więc za każdym razem budziły te same emocje. Wszyscy dotychczas pogrążeni w rozmowie i sączeniu dowolnego alkoholu powstali z miejsc i w ferworze ruszyli przed bar. Po usłyszeniu dzwonu właściciel lokalu, Kim Hongjoong, zatarłszy ręce, wyłonił się z zaplecza, aby wedle tradycji sędziować pojedynkowi. Jane, zaalarmowana, spojrzała na swojego szefa — ten jednak wzruszył jedynie ramionami. Potyczka była już nieunikniona, nawet jeśli nagrodą dla zwycięzcy miała być sama Jane.

Seonghwa i Mingi stanęli na przeciwko siebie, pozwalając gapiom ich okrążyć. Ronda kapeluszów chroniły kowbojów przed południowymi promieniami, ale i one nie blokowały ich całkowicie. Zmrużone oczy Seonghwy i Mingiego nie spuszczały wzroku z siebie nawzajem ani na chwilę. Nie umykał im żaden, nawet najmniejszy ruch przeciwnika.

— Słuchajcie, ludziska! — wykrzyknął Hongjoong, znalazłszy się u boku pojedynkujących się. — Poczyńcie zakłady, nim wystrzelą załadowane magazynki! Nasza cudna Jane tak zawróciła tym draniom w głowach, że stoczą lada moment pojedynek na śmierć i życie! Szykujcie suknie ślubną dla Jane i trumnę dla przegranego!

Wśród widowni ponownie wybuchła wrzawa. Chcieli znaleźć się jak najbliżej Seonghwy i Mingiego, lecz zdrowy rozsądek nakazał im odsunąć się na bezpieczną odległość. Hongjoong po upewnieniu się, że nikt z gapiów nie znajdował się na linii ognia, sam cofnął się do tyłu.

— Niech wzniosą się tumany kurzu! Niech spłoszą się konie! Niech wygra ten, którego Pan ma za bardziej godnego naszej Jane! — Hongjoong tylko jeszcze bardziej podjudzał tłum, który wykrzykiwał nazwiska kowbojów, obstawiając zawczasu wygranego. — Do boju!

Mingi zacisnął dłoń na swoim rewolwerze, ignorując pot spływający mu kaskadami po plecach i czole. Temperatura przekraczała sto stopni Fahrenheita i choć piekielnie mocno dawała się we znaki, była niczym w porównaniu do zacięcia, z jakim kowboje poczęli krążyć wokół siebie. Dzieliła ich kikumetrowa odległość, której tradycyjnie nie mogli zmniejszyć. Obaj wiedzieli, gdzie celować. Głowa była pewną śmiercią, ale łatwiej było chybić niż celując w klatkę piersiową. Ta z kolei była zdradliwa — wiele strzałów w nią można było przeżyć. Pomimo tego to właśnie w nią celowali, bo nie mogli sobie pozwolić na spudłowanie. Główną zasadą pojedynku była możliwość oddania jednego strzału na głowę, który skończyć miał się śmiercią na miejscu. Gdy tak nie było, krwotok należało zatamować i przewieźć rannego do szpitala. Honor nakazywał drugą rundę w przypadku wyjścia cało z pierwszej, trzecią w przypadku wyjścia cało z drugiej i tak aż do rozstrzygnięcia pojedynku. Rzadko kiedy dochodziło jednak do drugiej rundy, a trzeciej nie widzieli nawet najsędziwsi jeźdźcy Dzikiego Zachodu.

Seonghwa nieco pobłażliwie podchodził do pojedynku z Mingim. Doświadczenie i zdrowy rozsądek nakazywały mu jednocześnie nie zapominać o złotej zasadzie głoszącej, że nie należało lekceważyć swego przeciwnika. Seonghwa obserwował więc drugiego kowboja z opanowaniem. Spodziewał się po nim porywczości i szybkiego wystrzału, ale Mingi przestępował ostrożnie z nogi na nogę krążąc dookoła Seonghwy niczym Ziemia wokół Słońca. Seonghwa odnosił wrażenie jakby patrzył w lustro — każdy jego ruch znajdował swoje odbicie w poczynaniach Mingiego. Był jak cień, jak sęp czający się na padlinę. Ruchy Seonghwy były z kolei zbyt przewidywalne. Musiał on postawić na ruch, który wybiłby Mingiego z rytmu. Zaskoczyłby go, pozwalając Seonghwie na celne oddanie strzału.

Kolejny krok. Wykrzywiona kostka. Okrzyk widowni.

Seonghwa w jednej chwili wciąż podążał wokół Mingiego, w drugiej zaś leżał na ziemi. Symulacja przypadkowego upadku zadziałała dokładnie tak, jak się tego spodziewał. Wszystko działo się szybko. Zbyt szybko. Mingi ścisznąwszy rewolwer oddał strzał. W ułamku sekundy, w którym jego palec docisnął spust, wiedział już, że chybił. Chęć wykorzystania sytuacji. Pośpiech. Panika. To one go zgubiły. Nim jednak dotarła do niego wrzawa rozgorzała wśród publiki, poczuł rozdzierający ból nad lewym płucem.

Dopiero potem usłyszał wystrzał. 

W momencie, w którym dostrzegł dym wydobywający się z lufy Seonghwy, Mingiemu ciężko było złapać oddech. Mimowolnie dłonią powędrował do miejsca bólu. Szkarłatna ciecz przelała się mu między palcami, coraz silniej nasączając kraciastą koszulę. Widok własnej krwi rozmywał się przed oczami Mingiego. Tak samo jak sylwetka Seonghwy, który wciąż leżał na ziemi i choć widownia wiwatowała na jego cześć, wiedział, że trafił i spudłował jednocześnie.

Gdyby trafił Mingiego tam, gdzie planował — w łuk aorty — ten już dawno leżałby na ziemi, wykrwawiając się w zawrotnym tempie. Mingi wciąż jednak stał i zanim zwaliło go z nóg, zdążył posłać Seonghwie uśmiech, który mógł mówić tylko jedno.

To jeszcze nie koniec, Park.

.°˖⋆ ⁀➴ 𓃗 .°˖⋆

Mingiego zbudził pulsujący ból głowy, który był jednak o strokroć przyćmiony przez ten klatki piersiowej. Ledwo uchylając oczy, Mingi rozejrzał się dookoła. Leżał w białym pomieszczeniu, w nieznanym łóżku. Widok szafek z lekami dość szybko przywiodła myśl o szpitalu.

Pojedynek z Seonghwą. Postrzał. Ciemność.

Mingi z trudem odłożył głowę do tyłu, przymykając oczy. Fakt, że obudził się w pełni zmysłów i świadomości, oznaczał tylko jedno — czekała go druga runda pojedynku z Seonghwą. Po swoich dolegliwościach Mingi domyślał się jednak, że nie nastąpi ona wcześniej niż za kilka długich tygodni, o ile nie miesięcy.

Nim Mingi zdążył ponownie oddać się ledwie kojącemu snu, drzwi do sali szpitalnej otworzyły się ukazując nie kogo innego jak Seonghwę.

— Dobry Boże, dopomóż — Mingi wymamrotał, choć jego relacja z wiarą była dość luźna. — Szukasz guza, Park? 

Seonghwa zaśmiał się z wyższością, przysuwając stołek do łóżka Mingiego. Usiadłszy, klepnął Mingiego po nodze z siłą wystarczającą, aby ten jęknął z bólu.

— No popatrz, popatrz. Widzę, że wracasz do siebie. Wybrałem w takim razie dobry moment na omówienie drugiej rundy. Tym razem nie chybię — oznajmił z niebezpiecznym błyskiem w oku.

— Mógłbyś strzelić do mnie w tym momencie, a i tak byś pewnie nie trafił. — Mingi odwzajemnił pełen wyższości uśmieszek drugiego kowboja. Zaśmiał się też słabo, ale to zaskutkowało dotkliwym ukłuciem w klatce, więc natychmiast ucichł.

— Ja chociaż trafiłem w ciebie, Song — prychnął. — Następne starcie powinniśmy odbyć sam na sam, bo obawiam się, że tym razem przez przypadek postrzelisz kogoś innego.

— Chcesz się pozbyć świadków, aby grać nieczysto. — Mingi ociężale zmrużył oczy, jakby chciał prześwietlić nimi Seonghwę.

— Nic z tych rzeczy. Po prostu chcę ci zaoszczędzić ośmieszenia się przed śmiercią. Myślę, że to honorowe zagranie.

— Niech tak będzie. Poprzysięgam, że za nie dłużej niż trzy miesiące przyniosę Jane twój rewolwer jako trofeum.

.°˖⋆ ⁀➴ 𓃗 .°˖⋆

Wizja drugiej rundy pojedynku działała niczym najskuteczniejsze lekarstwo na organizm Mingiego. Nieco ponad dwa miesiące od odwiedzin Seonghwy w szpitalu Mingi był już zdrów jak ryba. Jego bark zdobiła brzydka blizna, ale obnosił się nią z dumą, jakoby sama w sobie była trofeum.

Tym razem Mingi i Seonghwa mieli spotkać się z dala od zgiełku miasta, gdzieś na obrzeżach Teksasu, gdzie mogli stoczyć pojedynek bez gapiów. Okrzyki i wiwaty choć niezwykle motywujące, to niestety działały także rozpraszająco, więc Mingi w głębi ducha cieszył się, że Seonghwa zaproponował takie okoliczności ich ponownego starcia. Obawa o nieczyste zagrywki wciąż targała Mingim, lecz drugi kowboj nie zdawał się być tchórzem, który zdecydowałby się na taką ujmę w honorze. Mingi był więc w pełni gotów oddać życie, choć oczywiście jego ego nie pozwalało mu rozpatrywać takiego scenariusza. Wolał myśleć, że był gotowy posłać Parka do piachu.

— Zmarniałeś, Song. Głodzili cię w szpitalu? — Seonghwa mruknął z przekąsem, mieląc między zębami kłos pszenicy. 

Mingi w rzeczy samej nieco schudł w trakcie rekowalescencji. W szpitalu bynajmniej nie był głodzony. Po prostu jego apetyt nie miał się najlepiej, odkąd przyjmowal silne leki przeciwbólowe. Od niedawna powrócił do swoich nawyków żywieniowych, lecz wciąż nie zdążył wrócić do poprzedniej wagi. Jego mięśnie również straciły na objętości. Gdzieś z tyłu głowy Mingiego tliła się obawa, że jego stan nie był wystarczająco dobry, aby pojedynkować się z Seonghwą. Ostatnim razem chybił, a był przecież w topowej formie. Mingi sprzeciwiał się jednak temu lękowi, podświadomie pragnąc udowodnić, że nawet wciąż osłabiony po postrzale był w stanie zwyciężyć z Seonghwą. Wszak wygrana była tym słodsza, im trudniej było ją zdobyć.

— Nie daj się zwieść pozorom. Mam nadzieję, że pożegnałeś się z rodziną. Może coś im od ciebie przekazać? — Mingi nie mógł pozwolić Seonghwie na zasianie w nim niepewności. Wiedział, że zwycięstwo było mu pisane, tak jak i poślubienie ukochanej Jane.

— Jak najbardziej możesz pozdrowić ode mnie mego szalonego wuja. Jestem pewien, że spotkacie się tam na dole.

Sam uśmiech Seonghwy wywoływał w Mingim obrzydzenie. Czuł piekące ciepło przeszywające go od klatki piersiowej aż po samo podbrzusze, które ścisnęło się nieprzyjemnie pod ciężkim, prześmiewczym spojrzeniem drugiego kowboja. Mingi sięgnął po swój rewolwer, wycelowując go prosto w czoło Seonghwy. Nie zamierzał strzelać w głowę, trzymając się niepisanych zasad kowbojskich pojedynków, ale zrzednięcie uśmiechu na twarzy drugiego było warte taniej zagrywki.

Nagła powaga i mliczenie były znakiem rozpoczęcia pojedynku. Po raz kolejny krążyli wokół siebie, nie spuszczając spojrzenia zmrużonych oczu z przeciwnika, niczym sęp obserwując każdy jego ruch. Tym razem jednak byli nieco bliżej siebie. Nie ograniczało ich towarzystwo sędziego ani dzikiego tłumu gapiów, toteż ostateczne starcie mogło rozegrać się na nieco swobodniejszych zasadach. Mingi czekał na choć najmniejszy błąd Seonghwy, najdrobniejsze potknięcie, którego tym razem by nie zmarnował. W pełnym skupieniu czyhał na odpowiedni moment, zaciskając dłoń wokół rewolweru, który zdawał się w niej ciążyć bardziej niż zazwyczaj. Mingi był jednak pewien, że tylko mu się wydawało. W końcu od ostatniego starcia z Seonghwą nie trzymał broni w ręku. Następna sekunda przekonała Mingiego, że był to katastrofalny błąd.

Mingi chciał mieć drugą rundę z głowy. Pozbyć się Seonghwy. Ożenić się z Jane. Był zbyt impulsywny i zbyt pewny siebie. W tym momencie wiedział, że stało się to jego zgubą. Przeraźliwy ból przeszył bark Mingiego, w okolicy, gdzie został trafiony przez Seonghwę. Nerw biegnący przez ramię jakoby stanął w ogniu. Dłoń wykręciła się w bolesnym skurczu sprawiając, że rewolwer runął na piach. Mingi oczami wyobraźni widział już własne truchło. Słyszał wystarzał z broni Seonghwy. Czuł rozrywający ból w klatce piersiowej. Wdychał tumany kurzu wzbite w powietrze po runięciu jego bezwładnego ciała na ziemię. 

Raz. Dwa. Trzy. Mingi nie unosił wzroku z rewolweru leżącego na rozgrzanym piasku. Czekał. Nic jednak się nie działo. Nic nie powaliło go na ziemię. Nie słyszał wystrzału. Nie wykrwawiał się. Może już umarł? Może Seonghwa strzelił tak szybko, że Mingi nie zdążył się zorientować?

W końcu spuścił z oczu rewolwer i wystrzelił spojrzeniem do góry. Być może Seonghwa chciał patrzeć mu w oczy, gdy gasił w nich życie. Gdy ich spojrzenia spotkały się, Mingi nie spostrzegł jednak w oczach Seonghwy rządzy mordu czy chorej satysfakcji z pewnej wygranej. 

W oczach Seonghwy rozgrywała się prawdziwa walka. Wahanie. Współczucie. Litość. Wszystko to Mingi był w stanie dostrzec w wielkich ślepiach drugiego kowboja i sam nie wiedział, która z tych emocji wywoływała w nim większą złość. Chciał, aby Seonghwa patrzył na niego z pogardą, z nienawiścią, z czymś, co było znane i pewne. 

— Na co czekasz?! Strzelaj! Podałem ci się jak na tacy! Pytam się, na co do cholery czekasz?! — Ciszę przeciął wrzask Mingiego. Był wściekły. Nie podejrzewał Parka o tchórzostwo, a ten miał czelność się wahać. — No dalej! Jesteś aż takim tchórzem? Już raz do mnie strzeliłeś! Zakończmy to raz na zawsze!

Seonghwa nadal milczał, jakby zamrożony. Mingi nie próbował się bronić. Nie próbował sięgać po leżący rewolwer. Prowokował Seonghwę krzykiem, czerwieniejąc ze wściekłości. Czuł się upokorzony. Chciał zginąć w pojedynku z honorem, a nic nie obdzierało z niego bardziej niż współczucie i zawahanie rywala.

— No, strzelaj, do diabła! Słyszysz mnie?! Strzelaj! 

Znienacka Seonghwa ruszył. W kilku krokach przemierzył dzielącą ich odległość i gdy Mingi gotów był na przyjęcie naboju z bliska, nabierając ostatni oddech, Seonghwa z impetem rzucił rewolwerem o ziemię i chwycił Mingiego za koszulę.

— Poważnie, chcesz się bić?! Możemy się bić! Dawaj! No dal—,

— Och, zamknij się.

Gorące usta Seonghwy boleśnie zderzyły się z tymi Mingiego, sprawiając, że ten stanął jak wryty. Powinien był odepchnąć drugiego. Ba, powinien był chwycić za rewolwer i zastrzelić Seonghwę. Zamiast tego przyciągnął jednak drugiego bliżej siebie, czując jak spięcie podbrzuszu znów go ogarnęło. Wciąż trwał w przekonaniu, że było oznaką obrzydzenia, jednak twardniejący w spodniach członek nie pozostawiał ku temu żadnych złudzeń.

— Sukinsyn — Mingi wysapał wprost w nabrzmiałe wargi Seonghwy.

— Bydlak — Seonghwa odgryzł się, wbijając paznokcie w kark Mingiego i przyciągając go do ponownego łapczywego pocałunku.

.°˖⋆ ⁀➴ 𓃗 .°˖⋆

Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy znajome drzwi wahadłowe ustąpiły pod naporem Mingiego. W Texas Ranger wyjątkowo przebywało zaledwie kilka osób. Niezmiennie jednak za barem krzątała się Jane. Mingi odwzajemnił jej uśmiech, lecz nie poświęcił jej szczególnej uwagi. Jej obiektem natychmiast stał się spalony słońcem, piegowaty kark, którego Mingi nie omieszkał ucałować, siadając na stołku barowym tuż obok Seonghwy i zaborczo przyciągając go do siebie.

— To co zawsze. — Mingi uprzejmie skinął na Jane, która nie kryła rozczulenia w swoim spojrzeniu.

— Jak dobrze, że poszliście po rozum do głowy. Tak żeście się żarli, że nie byłam w stanie nawet powiedzieć, że złożyłam śluby czystości i w przyszłym roku wybieram się do zakonu.