Actions

Work Header

Upiór w Przecierze | Dottolone

Summary:

Wszystko zaczęło się od opery, od przeklętego "Upiora w Przecierze".

Potem Dottore obraził ekskluzywną wodę ( i to w butelce kaucyjnej!), zniszczył cudzy wieczór, próbował wyłudzić grant badawczy i jakimś cudem uznał, że uwodzenie Bankiera jest rozsądną strategią negocjacyjną.

Ku powszechnemu nieszczęściu, częściowo zadziałało. A Dottore, przynajmniej na parę minut, miał skutecznie zamknięte usta.

Notes:

W tym opowiadaniu znajdziecie:

* operę,
* ekonomię,
* grant badawczy,
* Żywiec Zdrój,
* absurd,
* seks.

Niekoniecznie w tej kolejności.

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Pantalone bywał w operze regularnie — ukulturalnienie stanowiło nieodłączny element wizerunku Bankiera Fatui. Zawsze, z pedantyczną starannością i oszczędną kalkulacją, rezerwował lożę VIP na najwyższym piętrze, by w odosobnieniu i absolutnym spokoju móc kontemplować spektakl. A właściwie — wsłuchiwać się w niego, wszak opera była przede wszystkim sztuką dźwięku.

Zwłaszcza w Snieżnogradzkiej Operze — miejscu o akustyce tak doskonałej, że aż niepokojąco żywej. Każde drżenie głosu, każdy szept i każdy krok aktora rozchodził się po sali z taką precyzją, jakby sam budynek był fortepianem wyczulonym na najmniejsze zmiany rytmu.

Tak też pewnego feralnego, moralnie wątpliwego piątku Pantalone, odziany w odświętne szaty i przesadnie hojnie skropiony perfumami o zapachu morskiej bryzy (lub jej wyrafinowanej interpretacji), zjawił się w loży VIP. Rozsiadł się z godnością człowieka, który płaci za ciszę innych oraz podgrzewane fotele, i już miał — jak zwykle — teatralnie zarzucić futro na pobliski fotel, gdy w powietrzu przecięło go ciche przekleństwo oraz metaliczny szczęk klejnotów uderzających o coś wybitnie niegodnego tej sali.

— Mój drogi Bankierze… czy mógłbyś spróbować nie rzucać we mnie swoją garderobą? — mruknął Dottore, zrzucając z siebie jego płaszcz i poprawiając maskę. — Albo, jak już odczuwasz taką… chęć, to rekomendowałbym inne okoliczności.

Pantalone zastygł na ułamek sekundy.

— Co ty tu robisz — wycedził powoli. — Od kiedy ty… interesujesz się operą?

Dottore uniósł lekko głowę, uśmiechając się szyderczo.

— Od kiedy narrator uznał, że nie zasługujemy nawet na akapit wprowadzający do miejsca, w którym egzystujemy — odparł spokojnie. — Uznałem więc, że muszę sam zadbać o odpowiednią oprawę.

Zarzucił nogi na niski stolik z absolutną swobodą i nieposzanowaniem dla tkanin. Błoto z jego ciężkich butów zaczęło leniwie kapać na dywan VIP-owskiej loży.

— Poza tym — dodał ciszej, przechylając głowę — opera jest interesującym miejscem obserwacji. Ludzie są tu bardziej… szczerzy w swojej teatralności. Szczególnie, że w rodzimym Sumeru, sztuka była czymś… zakazanym. A dla mnie, jako naukowca, zakazany owoc smakuje najlepiej.

— Jak mniemam, zaopatrzyłeś się przynajmniej w bilet, czyż nie? — Pantalone poprawił okulary i z właściwą sobie elegancją rozsiadł się w fotelu. Swoją drogą… czy te fotele zawsze stały aż tak nieprzyzwoicie blisko siebie?

— Naturalnie. Na twój koszt. — Dottore z bezwstydną swobodą sięgnął po butelkę stojącą na stoliku, upił łyk i niemal natychmiast wypluł wodę. — Na Archonów... Co to ma być?

— Doktorze... czy ty właśnie wyplułeś Żywiec Zdrój – wodę pozyskiwaną z najgłębiej zalegających lodowców Snezhnayi, mineralizowaną w temperaturze bliskiej zera i rozlewaną do butelek wykonanych z najczystszego sumeryjskiego piasku? — Pantalone jęknął, zakrywając twarz dłonią. — To najbardziej ekskluzywna woda w całym Teyvacie.

— Naprawdę? — Dottore obejrzał butelkę z wyrachowaną podejrzliwością. — Piłem w życiu smaczniejszą kranówkę.

Bez cienia skrupułów wylał resztę zawartości na dywan, po czym niedbale cisnął butelkę za siebie. Roztrzaskała się o marmurową ścianę z donośnym hukiem.

— ...Ona była kaucyjna.

— Odżałujesz te dwie mory — mruknął Dottore, wyciągając zza pazuchy paczkę prażonego groszku, jak gdyby popcorn był rozrywką dla plebsu. — To na czym właściwie jesteśmy?

Z niepokojącym zaangażowaniem chrupnął garść ziaren. Echo chrupania z równym entuzjazmem poniosło się po niemal całej sali.

— Upiór w Przecierze.

— Ooo... A o czym to?

Przysunął się bliżej, bezceremonialnie wpychając czubek maski w misternie ułożone włosy Bankiera.

— Dowiesz się, jeśli zechcesz obejrzeć spektakl. — Pantalone poprawił okulary, których szkła rozbłysły w przygasającym świetle.

— Jeśli obejrzę. Nie składam żadnych deklaracji co do pozostania przytomnym.

Ku powszechnemu zaskoczeniu — nie zasnął.

Wprawdzie śledził wydarzenia na scenie z miną ekonomisty teoretyka zmuszonego do studiowania danych liczbowych niepodpartych żadnym modelem, ale jednak śledził. Przy każdej wyższej nucie wykrzywiał twarz z rosnącym cierpieniem.

— Nie rozumiem, dlaczego on tak ugania się za tą Tholindis. Przecież wyje jak Segment Omega podczas autopsji przeprowadzanej bez znieczulenia — wymamrotał, niskim zmęczonym głosem, osuwając się coraz głębiej w fotel.

— Przecież co najmniej kilkakrotnie podkreślono, że Tholindis ma urodę i głos anioła, że aż Rerir przeciera oczy ze zdumienia, stąd nazwa Upiór w Przecierze — odparł szeptem Pantalone. — Mnie natomiast bardziej zastanawia sama Tholindis. Dziwi mnie, że daje się zwieść Upiorowi. Nie sprawia wrażenia człowieka godnego zaufania... a już z pewnością nie biznesowego. Ta maska również nie budzi mojego entuzjazmu.

— Czyżbyś żywił uprzedzenia wobec ludzi noszących maski? — Dottore poderwał się tak gwałtownie, że fotel odpowiedział cichym protestem.

— Skądże. Dopóki pod maską nie kryją się intencje, których rozsądny człowiek nie chciałby finansować. — Pantalone wyprostował się, rzucając mu krótkie, znaczące spojrzenie. — A teraz rekomenduję powrót do spektaklu. W ciszy, Doktorze. Szczególnie ten drugi element wydaje się dziś ambitnym przedsięwzięciem.

Dottore wymamrotał pod nosem coś, co z pewnością nie przeszłoby przez cenzurę, lecz rzeczywiście zamilkł. Na niespełna pięć minut. Pantalone poczuł przy uchu ciepły oddech.

— Czytałeś mój najnowszy wniosek o dofinansowanie badań nad księżycami Nod-Krai? — zapytał niemal konspiracyjnym szeptem.

Bankier nawet nie drgnął.

— Zapewne trafił do spamu.

— Nie posiadasz folderu spam.

— To prawda. Za to ty od lat nie posiadasz elementarnego szacunku dla cudzej przestrzeni osobistej.

W półmroku loży zęby Dottore błysnęły krótko, dokładnie w chwili, gdy solistka osiągnęła kolejną nutę zdolną skutecznie podważyć sens istnienia błon bębenkowych.

— Mój drogi Bankierze... to wciąż nie jest naruszenie twojej przestrzeni osobistej. To zaledwie demonstracja możliwości. Natomiast ty wykazujesz wyjątkowy brak szacunku wobec moich projektów badawczych. — Zniżył głos jeszcze bardziej. — Gdybym rzeczywiście zamierzał wtargnąć w twoją strefę komfortu, uwierz mi... wybrałbym znacznie skuteczniejszą metodę. Ale przecież nie chcę cię... osaczać.

Jego dłoń z pozorną obojętnością spoczęła na kolanie Pantalone. Palce, przesuwające się po materiale eleganckich spodni, powoli zaczęły badać fakturę tkaniny.

Pantalone nawet nie spojrzał w dół.

— Nie jestem przekonany, czy dysponujesz definicją słowa „osaczyć”, która pokrywa się ze słownikową. Natomiast nawet gdybyś zdołał spełnić własne kryteria... nie uczyniłoby to twoich grantów bardziej opłacalną inwestycją.

— Doprawdy? — Palec Dottore powoli przesunął się niżej, kreśląc na materiale leniwy, niemal prowokacyjny ślad.— Nawet teraz?

Pantalone westchnął ciężej, niż przechodzą przez jego biurko wnioski o finansowanie autorstwa Dottore.

— Nawet teraz. — Poprawił okulary z niewzruszonym spokojem. — Czy rozumiem, że spektakl przegrał właśnie rywalizację o twoją uwagę?

— Jest równie pasjonujący jak obowiązkowy wykład z Integracji Ekologicznej Teyvatu w Akademiyi. — Dottore owinął sobie wokół palca kosmyk jego włosów. — Natomiast tutaj siedzi znacznie ciekawszy obiekt badawczy.

Pantalone odwrócił ku niemu głowę z tą uprzejmą rezerwą, którą zwykle poprzedzał odmowę udzielenia wielomilionowej pożyczki.

— Jeśli liczyłeś na to, że ten pokaz wpłynie na moją ocenę projektu, muszę cię rozczarować. Nie porusza mnie ani odrobinę.

Pozwolił, by między nimi zapadła krótka cisza.

— Dlatego sugeruję, abyś przestał kompromitować zarówno siebie, jak i mnie... i wrócił do oglądania spektaklu. Nie chciałbym, aby dzisiejszy wieczór zakończył się wizerunkowym faux pas. Zwłaszcza że, w przeciwieństwie do ciebie, bardzo dbam o wartość własnej reputacji.

— A jeśli... odmówię? — wyszeptał Dottore, pozwalając, by słowa zawisły niebezpiecznie blisko jego ucha. Przypominał w tym momencie wyjątkowo irytującego komara, spędzającego sen z powiek swoimi nocnymi koncertami.

— Wówczas uprzejmie wskażę ci wyjście z mojej loży.

— Czyli jednak... reagujesz.

— Nie. — Pantalone nawet nie drgnął. — Powtarzam się wyłącznie dlatego, że najwyraźniej masz trudności z przyswajaniem prostych komunikatów.

Kolejna aria zgniotła cichy śmiech Doktora. Powoli cofnął dłoń z kolana Bankiera.

— Udowodnij.

Dopiero wtedy Pantalone odwrócił głowę. Spojrzenie, które skierował ku miejscu skrytemu za maską, było chłodne i wyrachowane. Gdzieś za nimi rozległ się stłumiony syk bólu, a zaraz potem brzęk rozgniatanego szkła.

 

— Z największą przyjemnością. — Kącik jego ust uniósł się ledwie dostrzegalnie. — Pozostaje jedynie pytanie... według czyich kryteriów miałbym cokolwiek udowadniać?

Pod maską błysnęły zęby Dottore, z całą pewnością powodując specjalizacyjną erekcję wobec obecnych za czwartą ścianą dentystów.

— Twoje biuro jest stąd całkiem niedaleko... prawda?

***

— Płaszcz powieś na wiesz — zaczął Pantalone, zamykając drzwi na klucz.

Nie dokończył.

Dottore, bez cienia ceremonii, cisnął okrycie na najbliższe krzesło — dokładnie obok wykresów prognoz gospodarczych Natlanu. Zamiast komentarza Pantalone posłał mu tylko spojrzenie pełne chłodnej dezaprobaty, po czym usiadł przy biurku z nienaganną precyzją. Otworzył szufladę oznaczoną „SPAM”. Na samej górze leżał list podpisany tą przeklętą sumeryjską kursywą: Dottore.

— Nie kłamałeś z tym spamem — mruknął Doktor, siedząc już na blacie biurka, obracając między palcami długopis jak narzędzie chirurgiczne na literę "S" (siekierę). — Albo narracja była wyjątkowo łaskawa.

— Jakbyś nie wiedział, Doktorze — Pantalone uniósł wzrok znad okularów — Nie mam w zwyczaju okłamywać partnerów biznesowych.

Rozwinął list z rytualną precyzją. Kolejne linijki żądań i kwot migały przed jego oczami, balansując między absurdem a gospodarczym krachem.

W tym czasie Dottore badał fakturę drewna biurka, jakby była równie interesująca co jego własne notatki z sekcji anatomii lub lubieżne szkice starożytnych robotów.

— Nie ma mowy, żebym to podpisał — Pantalone rzucił papier na blat i poprawił okulary. — To nie jest projekt. To atak na płynność finansową całego systemu.

Cichy śmiech Dottore przeciął powietrze. Zsunął się z biurka i podszedł za jego plecy bez pośpiechu, niczym kruk podchodzący do pleśniejącego sera lub czytelnik podchodzący z dystansem do tej metafory.

— Nie atak. Szansa. — jego głos obniżył się, miękko, niemal poufnie. — Ekonomista powinien rozumieć, że rynek nagradza tych, którzy nie boją się ekspozycji.

Pochylił się nad nim. Jedna ręka uniosła podbródek Pantalone z kliniczną delikatnością, zmuszając go do spojrzenia wprost w maskę.

— Rzadko trafia się okazja, by zainwestować w coś… tak potencjalnie przełomowego.

— Nie klasyfikuję tej propozycji jako posiadającej akceptowalną stopę zwrotu — odparł Pantalone spokojnie, bez najmniejszego drżenia w głosie. — Zwłaszcza przy tak absurdalnej strukturze kosztów.

— Najbogatszy człowiek Teyvatu i boi się ryzyka? — Dottore przesunął dłoń na jego ramię, jakby testował stabilność konstrukcji wspartej o fundamenty cierpliwości. — A może boisz się czegoś znacznie bardziej interesującego: że tym razem to ja mam rację?

— Powtarzam: twoje metody nie są negocjacją, tylko próbą wymuszenia. — Pantalone nawet nie drgnął. — A ja nie jestem kimś, kto ulega presji.

— Nie. — Dottore uśmiechnął się krzywo. — Jesteś kimś, kto udaje, że presji nie odczuwa.

Pantalone wstał. Zapach perfum został w powietrzu niczym dym po wyjątkowo paskudnym pożarze. Podszedł do barku, nalał dwa kieliszki i wrócił bez pośpiechu. Oparł się o skraj biurka, podając jedno z naczyń Doktorowi.

— W takim razie… przekonaj mnie — powiedział cicho. — Dlaczego miałbym uznać, że to ty jesteś najlepszą inwestycją, jaką dziś mogę zamknąć.

— Chociażby dlatego, że nie dysponujesz… żadną sensowną alternatywą — odparł Dottore, upijając łyk wina z przesadnym spokojem. — Prędzej czy później księżyce i tak zostaną poddane badaniom. Pytanie brzmi jedynie: wolisz, by odbyło się to w warunkach kontrolowanych… czy w rękach Sandrone?

Pantalone milczał, nie spuszczając z niego wzroku ani na moment.

— Sandrone zatrzymałaby wszystko dla siebie i Tsaritsy. Natomiast jeśli to ja przejmę projekt… część rezultatów zostanie reinwestowana w postęp technologiczny o zasięgu, który wykracza poza twoje aktualne modele ryzyka.

— Na przykład?

Dottore zaśmiał się cicho, niemal bezgłośnie i zsunął się z oparcia.

— Choćby nowy pierwiastek zdolny stać się źródłem energii. — jego głos obniżył się do wibrującego szeptu. — Albo stop metalu o właściwościach, które redefiniują inżynierię. A może mechanizm zdolny do całkowitej neutralizacji mocy Archonów.

— Mów dalej — Pantalone upił łyk wina, jakby właśnie odroczył wyrok.

 

— Taka technologia… generowałaby zyski w skali, której twoje modele jeszcze nie obejmują. — Dottore pochylił się bliżej. — I co ważniejsze: ustawiłaby nowy porządek, w którym nikt nie ma wątpliwości, kto naprawdę dyktuje warunki gospodarki tego świata.

— Nadal nie brzmi to jak inwestycja o akceptowalnym ryzyku.

— To inwestycja długoterminowa. — Dottore zrobił pauzę na szyderczy uśmiech. — Dywidendą jest świat, który klęka bez potrzeby negocjacji.

Teraz jego oddech był gorący jak płonący Irminsul i równie niestosowny, jak samo istnienie tej metafory. Pantalone uniósł lekko brew.

— Jesteś pewien, że to akurat świat miałby klękać przede mną?

Usta Doktora wykrzywiły się w lekkim zdziwieniu.

 

— A cóż innego?

Pantalone zaśmiał się cicho, niemal perliście, odkładając kieliszek wina. Palcem, z wyrachowanym dystansem, musnął maskę Doktora, balansując między uprzejmością a prowokacją.

— Nie sądź, że otrzymasz tak hojną sumę bez odrobiny wysiłku, Doktorze.

— A ty nie sądź, że masz nade mną jakąkolwiek władzę — odparł chłodno Dottore. — Przypominam, że stoję o siedem rang wyżej w hierarchii.

— Och… czyli finansowanie przestało być dla ciebie priorytetem? Jaka szkoda.

— Mam swoje zasady, Bankierze. — jego głos stwardniał. — Nie poniżę się, by otrzymać od ciebie cokolwiek w formie jałmużny.

Pantalone uniósł brew, jakby właśnie usłyszał szczególnie osobliwą doktrynę na temat wpływu makrootoczenia firmy na ilość dyfuzorów z wodą dla pracowników.

— Żeby udowodnić, że potrafisz zmusić świat do klęknięcia przede mną… najpierw sam musisz wykazać gotowość, by zrobić to samo.

Musnął opuszkami jego tors, po czym lekko pstryknął go w pierś — prosto w samo serce jego dumy.

— Zapo—

Doktor nie zdążył dokończyć. Bankier uciszył go jednym gestem, przykładając palec do własnych ust.

— Nigdy. Sam zdecydowałeś o takim obrocie spraw, więc wypada uszanować konwencję. — Położył dłoń na jego ramieniu i uśmiechnął z uprzejmością wyliczoną dokładniej niż budżet nacji na rok ubiegły. — Na kolana.

Dottore przełknął ślinę. Szczęka zacisnęła mu się od wysiłku, lecz mimo wszystko posłusznie osunął się do klęczek. Kolana zapadły się w miękki dywan.

— I co teraz? Zamierzasz mnie wyspowiadać? — prychnął z kpiną. — A może oczekujesz, że oddam ci boską cześć? Obawiam się, że z naszej dwójki to jednak mnie bliżej do istoty boskiej.

Pantalone zacisnął usta, nie pozwalając, by choć cień zdziwienia przedarł się na jego twarz.

— Wystarczy mi należycie sformułowana prośba o wybaczenie tego wyłudzenia.

Spojrzał na niego z góry, a kącik jego ust uniósł się w ledwie dostrzegalnym, chytrym uśmiechu. Widok był doprawdy... fascynujący. Niewielu dane jest oglądać Drugiego Zwiastuna Fatui... w podobnym położeniu.

— Choć, rzecz jasna, na to drugie również bym się nie obraził — dodał ciszej.

— Obawiam się, drogi Bankierze, że nie masz pojęcia, do jak wielu rzeczy byłem... i nadal jestem... zdolny, by zdobyć to, czego pragnę.

Dottore uniósł głowę i utkwił w nim spojrzenie, po czym powoli pochylił się naprzód. Zatrzymał usta tuż nad jedwabiem okrywającym biodra Pantalone, by z rozmysłem, niemal prowokacyjnie, przesunąć się wyżej.

— Zdejmij tę przeklętą maskę. Jeszcze chwila, a rozedrzesz mi spodnie — mruknął obojętnie Pantalone, po czym jednym ruchem zsunął maskę z jego oczu.

Przez krótką chwilę ich spojrzenia pozostawały splecione, niczym produkt krajowy brutto i amortyzacja. Jedno było niewzruszone, niemal chłodne; drugie nosiło ślady zmęczenia, pod którym tliła się cicha satysfakcja.

— Masz rację, byłoby to… narracyjnie nieodpowiednie — uśmiechnął się Doktor, podnosząc się z kolan. — Choć zapewne znalazłaby się pewna grupa zwolenników.

— Te spodnie kosztowały więcej niż cały twój ostatni prototyp — odpowiedział Pantalone spokojnie, tonem bardziej pasującym do raportu finansowego lub elaboratu na temat nadużywania ekonomicznych metafor w narracji. Palce wsunął pod choker na jego szyi i przyciągnął go o kilka centymetrów bliżej. — Wszelkie uszkodzenia zostaną potrącone z twojego finansowania.

— W takim razie rozważę rekompensatę w innej formie — Dottore przechylił głowę, jakby analizował równanie. Pochylił się minimalnie, zatrzymując ruch dokładnie na granicy dystansu.

— Nie — uciął Pantalone natychmiast, cofając głowę do tyłu. — Pocałunki wykraczają poza zakres tej współpracy.

— Dlatego wolę Strażników Ruin — mruknął Dottore po chwili. — Nie negocjują emocjonalnych aneksów.

Z cichym westchnieniem dobrał się do rozpięcia czarnej, jedwabnej koszuli. Pantalone uniósł brew, nie komentując, choć jego spojrzenie pozostało czujne, niczym oko przedstawiciela pewnej narodowości na upadające monety w najbliższym otoczeniu.

— Wykorzystam tę chwilę do pobieżnej analizy — stwierdził Dottore.

Rozsunął materiał i przesunął palcami po bladej skórze Bankiera, jakby badał strukturę bezrobocia frykcyjnego.

— Potwierdza się moja hipoteza. Znikoma masa mięśniowa. Minimalna tkanka tłuszczowa.

— Jestem ekonomistą, nie eksponatem kulturystycznym.

— Funkcja nie ma znaczenia dla parametrów biologicznych — uciął Dottore. — To jedynie obserwacja.

Nachylony nad jego torsem, zsunął się niżej, ani na moment nie podnosząc wzroku. Kontaktu spojrzeń świadomie unikał — nie należał do tej procedury. Palce przesuwały się powoli wzdłuż koszuli i nagiej skóry, aż dotarły do linii spodni. Dopiero wtedy, mechanicznie zahaczył opuszkami o suwak.

— Sądząc po twojej postawie i wręcz podręcznikowej potrzebie kontroli... zakładam, że to ja mam—

— Rób, co ci się żywnie podoba. Interesuje mnie wyłącznie efekt końcowy — przerwał mu Bankier.

Jego głos pozostał równy, ale palce zacisnęły się odrobinę mocniej na krawędzi biurka. Drewno cicho zaskrzypiało pod naciskiem. Nie pierwszy raz znajdował się w podobnej sytuacji. Zwykle wszystko przebiegało według dobrze znanego schematu — obce perfumy, miękkie dłonie, subtelność kobiecych rysów. Tym razem brakowało każdego z tych elementów. Zamiast nich czuł jedynie ciężar obecności drugiego mężczyzny i ego wielkości kuli teyvatowskiej.

— A co z... rozkoszowaniem się samym procesem? — zapytał Dottore, powoli rozpinając materiał. Kącik jego ust uniósł się w krzywym, prowokującym uśmiechu. — O proszę. Czarna koronka? Przyznam, spodziewałem się po tobie czegoś bardziej... konserwatywnego. Mniej ostentacyjnego.

Pantalone nawet nie drgnął.

— Myślę, że jesteś ostatnią osobą, która powinna wygłaszać wykłady o tym, co jest wystarczająco męskie. Szczególnie w tym momencie.

Dottore parsknął cicho.

— Och? Dotknąłem czułego punktu?

— Nie. Po prostu fascynuje mnie, z jaką pewnością wygłaszasz opinie, będąc jednocześnie głównym dowodem przeciwko własnej tezie. Chociaż może po prostu w Sumeru wyznaje się doktrynę miłości do ojczyzny i drugiego męż…

Kącik ust Dottore drgnął.

— Nie radzę ci mnie teraz prowokować — mruknął.

Odchylił fragment koronki dwoma palcami i przyjrzał się jej z miną badacza analizującego wyjątkowo nieudany okaz laboratoryjny. Powoli pokiwał głową.

— Dokładnie tak, jak przypuszczałem. Moja hipoteza o dodatniej korelacji między wysokością czoła a rozmiarem…. ego zdaje się znajdować kolejne potwierdzenie. Szkoda tylko, że materiał badawczy uparcie odmawia współpracy.

Pantalone westchnął cicho.

— Doktorze... na litość.

— Co? Nauka wymaga poświęceń.

— Gdybym wiedział, że to zamieni się w jeden wielki eksperyment, zażądałbym przynajmniej Omegi…

Na samo brzmienie nazwy Segmentu oczy Dottore zwęziły się natychmiast. Z precyzją bardziej brutalną niż cierpliwą, szarpnął materiał, odsłaniając kolejne warstwy, jakby rozpakowywał dawno wyczekiwaną przesyłkę z Liyue Express — tylko że zamiast ekscytacji była w nim nerwowa irytacja.

— Wolałbym wsadzić… palec pod prasę hydrauliczną niż wskrzesić tego… ignoranta — burknął, pochylając się bliżej, aż ciemnoturkusowe brwi ściągnęły się w ostrą linię. — Ale skoro już muszę...

Przesunął wzrokiem po widoku przed sobą z niepokojącą dokładnością, jakby analizował próbkę pod mikroskopem (słowo mikroskop zostało użyte z premedytacją).

— Liyue… ludzie są naturalnie mniej owłosieni — rzucił chłodno, tonem pozbawionym ciekawości, bardziej przypominającym odczyt danych niż pytanie. — Czy ty stosujesz jakieś... przesadnie „estetyczne” zabiegi, czy to po prostu lokalna norma?

— Możesz przestać komentować… cechy mojego ciała i przejść do rzeczy? — jęknął Pantalone, odchylając głowę do tyłu. Był na granicy. Cierpliwości.

Dottore nawet nie uniósł wzroku od swojej „analizy”.

— Niecodziennie mam dostęp do ciała o tak… eugenicznie interesującym profilu — odparł spokojnie, jakby wygłaszał suchą obserwację z raportu. — Więc wybacz, ale moja natura badacza ma swoje potrzeby.

— Ja też mam swoje potrzeby — odgryzł się Bankier, ledwo powstrzymując odruch, by chwycić naukowca za te jego nieludzko zaniedbane, miętowe włosy.

Dottore przewrócił oczami, jakby właśnie usłyszał wyjątkowo nużącą hipotezę. Coś burknął pod nosem — o niezaspokojonych rozwodnikach i innych społecznych przypadłościach — po czym bez większego ceremoniału pochylił się bliżej, kontynuując swoje „badanie”. Bardzo… dogłębne badanie.

Pantalone aż jęknął, natychmiast karcąc się za to w myślach (i jednocześnie ciesząc się, że to nie on znajduje się w tej wizerunkowo wątpliwej pozycji). Nie mógł jednak stracić twarzy, więc tylko obserwował, jak drugi Zwiastun zagarnia coraz więcej przestrzeni, aż w końcu dotarł… zbyt blisko jak na jakiekolwiek standardy zdrowego rozsądku.

— Gdzie ty się… — Bankier przytrzymał okulary, jakby w obawie, że oczy zaraz wypchną mu je z twarzy.

Dottore odsunął się z soczystym cmoknięciem, jakby właśnie zakończył wyjątkowo udany eksperyment.

— W życiu studenta są trzy zasady — mruknął, wycierając dłonią usta w sposób absolutnie pozbawiony skruchy. — Nie liczy się: po pijaku, z przedmiotem martwym i w przypadku zakładu. W tamtych okolicznościach spełnione były wszystkie trzy.

— Nie zamierzam pytać, czym był ów martwy przedmiot — westchnął Bankier, nie odrywając wzroku od turkusowych pasm rozsypanych na twarzy Doktora.

Prawie odruchowo sięgnął po włosy — i zawahał się dopiero wtedy, gdy palce już musnęły jedwabistą strukturę kosmyków, lekko je pociągając.

— Och… — Dottore uniósł kącik ust, jakby właśnie zaobserwował superkomórkę burzową w szklance octu. Jego palec przesunął się powoli i nieprzyzwoicie lubieżnie po całej długości. — To zaskakujące. Nie przypuszczałem, że posiadasz w sobie aż tyle… bezpośredniości.

Pantalone zacisnął szczękę silniej, niż państwo zaciskające podatki przy ekspansywnej polityce fiskalnej.

— To wyłącznie pragmatyka. Twoje włosy są… uciążliwe w dotyku — rzucił chłodno.

Dottore pochylił głowę odrobinę, przygryzając wargę.

— Pragmatyka — powtórzył miękko — W takim razie nie krępuj się. Eksperymenty najlepiej wypadają, gdy są przeprowadzane bez wahania.

Wlepił wzrok w Bankiera, po czym dodał z pełną bezczelnością

— Po prostu szarp.

Szarpnął mocniej, przyciągając go do siebie tylko po to, by zaraz odepchnąć. Wystarczył jeden cień uśmiechu na twarzy Doktora, by wyobraźnia zaczęła pracować przeciwko niemu. Już widział ten wyraz przeklętej satysfakcji, z jakim Dottore zakończy całą tę farsę, odwróci się na pięcie i odejdzie, jak zwykle przekonany o własnym triumfie.

Bankier nie zwykł przegrywać. Nigdy. A jednak… ta jedna, absurdalnie prosta technika, rodem od trenerów sukcesu, działała dokładnie tak, jak przewidział Dottore. Pantalone zacisnął dłonie jeszcze mocniej, czując, że za chwilę—

— Nie krępuj się. Po tym Żywcu Gnój z Opery wszystko będzie smakowało jak ambrozja — mruknął Dottore pomiędzy kolejnymi zassaniami. (Proszę wybaczyć, ale żaden z zera redaktorów nie zdołał znaleźć bardziej eleganckiego określenia na tę... nader lubieżną okoliczność.)

— Jesteś odrażający — syknął Pantalone, wypuszczając głośno powietrze.

I nie tylko powietrze. Przymknął oczy, gdy usłyszał sprośne zakrztuszenie, jakby Doktor właśnie nabawił się gruźlicy, a zaraz potem ostentacyjne przełknięcie.

— Ciekawe, czy da się wyrobić sześciopak na gardle i języku.

Dottore podniósł się z klęczek, leniwym gestem przesuwając dłonią po brodzie i, ku irytacji Bankiera, raz jeszcze oblizując usta.

— Naprawdę... to jest pierwsza rzecz, która przyszła ci do głowy? — jęknął Pantalone, wciąż oddychając ciężej niż zwykle.

— Druga.

Doktor zaczął niespiesznie rozpinać spodnie.

— Pierwsza była taka, że skoro już przyjąłeś pozycję receptywną, należałoby dobrać odpowiedni... instrument penetracji, uwzględniając jego parametry anatomiczne.

— ...Słucham?

— No dobrze. Wolisz obecność prącia w odbytnicy czy... obecność prącia w odbytnicy?

Zapadła krótka cisza. Pantalone zamrugał dwa razy.

— To było pytanie retoryczne?

— Statystyczne.

Bankier westchnął ciężko i odwrócił wzrok.

— Mam dziwne przeczucie, że decyzję podjąłeś już za mnie. — Pokręcił głową, po czym wskazał jedną z szuflad. — Lubrykant i prezerwatywy są tam. I zanim zapytasz: używałem ich wyłącznie dla... zwiększenia komfortu z kobietami.

— Hm. Ja z kolei używałem smaru technicznego, żeby nie obedrzeć sobie skóry o ostre krawędzie aparatury — odparł Dottore, z niewzruszoną miną zsuwając spodnie i sięgając do szuflady.— To znaczy...

— Nie. — Pantalone uniósł dłoń, ucinając wyjaśnienia. — Cokolwiek zamierzasz powiedzieć, nie chcę tego wiedzieć.

— O Archoni. Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto w życiu nie miał do czynienia z erotyczną relacją człowiek–automat — mruknął, zdejmując z partnera resztę dolnego odzienia i jednocześnie zerkając przez ramię, jakby rzeczywiście spodziewał się kamiennej kary z niebios.

— Powiedz lepiej, jak mam się ustawić, żeby współczynnik bólu nie zjadł mi całej stopy zwrotu — westchnął Pantalone.

Dottore odłożył na bok paczkę w nieprzyzwoicie złotym opakowaniu oraz niewielką butelkę — w końcu w narracjach tego typu nie istnieją objętości większe niż synonimy słowa “maleńki”. Potem nachylił się nad Bankierem.

— Na początek rozchyl nogi — powiedział ciszej, chwytając go za biodra i powoli ustawiając je w odpowiedniej pozycji.

Pantalone wypuścił z siebie ciche westchnienie.

— Następnie unieś nieco biodra, żebym miał lepszy dostęp.

Dociągnął go bliżej, jakby próbował przełączyć bieg w lokomotywie Kolei Transsneznhayskiej.

— I dalej?

— Dalej trzeba przejść przez etap przygotowawczy — palec Dottore przesunął się powoli wzdłuż linii biodra, spokojnie, niemal metodycznie. Po chwili dodał już wyraźniej, z chłodną premedytacją: — A potem musisz mnie jeszcze do tego „przekonać”. Od dwóch stuleci wykazuję reakcję…. a bardziej erekcję wyłącznie przez bodźce stymulacyjne aktywność kognitywną i bodźce bólowe.

— Co? — Pantalone poderwał się gwałtownie, tracąc okulary. — Można to ująć w języku zrozumiałym dla człowieka?

Dottore przewrócił oczami z wyraźnym znużeniem poznawczym, jakby miał do czynienia nie z partnerem rozmowy, lecz z błędem w dokumentacji eksperymentalnej. Bez pośpiechu ściągnął bieliznę w różowe wzorki.

— Upraszczając — powiedział chłodno. — Staje mi tylko podczas eksperymentów, przy jedzeniu nieprzyzwoicie ostrego jedzenia albo przy mechanizmach.

Pantalone zmarszczył brwi, przez moment dokonując w głowie agresywnej analizy rynkowej i starając się nie patrzeć na rozmazaną sylwetkę Doktora, stojącego nieruchomo jak słup w stogu gnoju (metafora została zniekształcona celowo).

— Mogę ci załatwić R34 Strażników Ruin — wyszeptał w końcu, z niepokojącą miękkością w głosie, przyciągając Dottore bliżej za jego nieszczęsną uprzaż. — Albo… możesz wybrać wariant drugi..

Niemal musnął ustami płatek jego ucha, dotykając go językiem w geście pozbawionym sensu i mającym z heteroseksualnością tyle wspólnego, co polityka restrykcyjna z niskimi stopami procentowymi — kolczyk.

— Interesujące — Dottore zacisnął mocniej dłonie na biodrach Pantalone. — Mów dalej.

— Dostaniesz niebawem nowe obiekty testowe — westchnął, przygryzając płatek jego ucha.

— Stoi mi jak piramidy w Sumeru — jęknął Dottore. — Chociaż nie, to złe porównanie. Piramidy stoją od zawsze. Nie muszą funkcjonować w stanie ciągłej obawy o zawalenie.

Pantalone spojrzał na niego z wyraźną niecierpliwością.

— Dobrze, dobrze. Już się zabieram.

Dottore rozerwał opakowanie, wyciągając zawartość i naciągając ją na siebie.

— Nigdy wcześniej nie widziałem złotych zabezpieczeń — mruknął, bardziej do siebie niż do niego.

Zsunął rękawiczki, nałożył na palec odrobinę żelu — również złotego, notabene — po czym zaczął powoli przygotowywać Bankiera, który reagował wyraźnym napięciem. Nie było w tym nic zaskakującego. Niewiele osób odnajduje się komfortowo w tego rodzaju narracyjnej sytuacji.

Zaletą było to, że Dottore działał powoli i z wyczuciem. Ruchy miał miarowe, a wzrok skupiony na reakcji partnera, jednocześnie konsekwentnie unikając kontaktu wzrokowego. To byłoby zbyt ryzykowne. Zbyt… interpersonalne.

— Jesteś gotowy? — wyszeptał, wycofując dłoń.

Pantalone skinął głową.

— Wejdę powoli — kontynuował Dottore, chłodno analizując jego reakcję. — Naruszenie struktur byłoby nieprofesjonalne. Następnie przejdę do fazy miarowych pchnięć.

— Dlaczego akurat taka terminologia?

— Takiej używa się zazwyczaj w literaturze o wątpliwej wartości poznawczej i wysokiej zawartości erotycznej — wyjaśnił, wzruszając ramionami.

Następnie, zgodnie z obietnicą, wsunął się powoli, zaciskając dłonie na bladych biodrach. Pantalone wydał z siebie niekontrolowany, urwany jęk.

— No proszę, proszę. Nadawałbyś się do opery z taką skalą ekspresji głosowej — skomentował Dottore z chłodnym uznaniem. — Gdyby nie fakt, że wątek operowy został już całkowicie wymazany z narracji.

— Nie jesteśmy tu po to, by dyskutować o operze — Pantalone spiął się cały, dysząc ciężko, próbując nie skupić się na narastającym dyskomforcie.

— Mój drogi Bankierze — Dottore nachylił się jeszcze bardziej, unosząc go lekko pod kontrolą uchwytu — rozmowa podczas aktu jest niedocenianym bodźcem zwiększającym intensywność doznań. W moim przypadku bywała to jednak raczej forma monologu.

— Możesz się łaskawie zamknąć — jęknął Pantalone, biorąc głębszy oddech i jednocześnie jeszcze mocniej zaciskając się na obecności Drugiego Zwiastuna.

Coś w spojrzeniu Dottore błysnęło. Przysunął się prosto do twarzy Bankiera, muskając mokrymi od potu kosmykami jego czoła.

— Spraw, żebym to zrobił — szepnął z wyraźną satysfakcją. Ich usta niemal się zetknęły.

— Po moim trupie. Mówiłem: zero pocałunków.

— Nie interesuje mnie nekrofilia — odparł spokojnie.

Pchnął mocniej, zmuszając Pantalone do kolejnego, urwanego jęku. Jednym ruchem poluzował uchwyt na biodrze i z absolutną nonszalancją domknął dystans, korzystając z otwartych ust. Pantalone miał wrażenie, że nie dotyka warg, tylko niemiłosiernie zimnej nakrętki od butelki z toksycznym detergentem. Albo przecierem o wybitnie wątpliwym składzie, za to o niewątpliwej rakotwórczości.

— Żułbym twoje usta jak surowy boczek, gdybyś był Strażnikiem Ruin — jęknął Dottore, wplatając palce w kruczoczarne loki z precyzją bardziej przypominającą badanie porowatości włosa niż czuły gest.

Pantalone jęknął w duchu. To wszystko przez wino — powtarzał sobie. Wino. Oczywiście. Wyłącznie wino było winne temu, że jego wnętrzności próbowały właśnie opuścić ciało z czystej żenady.

— Kończ waść… — szepnął. — Dam ci to przeklęte finansowanie.

***

Następnego dnia pod biuro Pantalone dostarczono list polecony o treści:

„(Nie) Szanowny Dziewiąty,

Wczoraj, podczas wizyty w operze na „Upiorze w Przecierze”, miałam niefortunną okazję przejść obok twojej loży oraz — pozwolę sobie nie rozwijać tego określenia — jej wysoce niepokojącej zawartości w postaci dottore ( skończyły mi się wielkie litery).

Z przykrością stwierdzam, że obserwowane tam zjawiska naruszały nie tylko siebie nawzajem, ale również podstawowe zasady estetyki, ergonomii oraz ludzkiej przyzwoitości w jej najbardziej elementarnej formie.

W konsekwencji powyższego doznałam tak głębokiego wstrząsu poznawczego, że wdepnęłam w butelkę kaucyjną, tracąc tym samym nieodwracalnie możliwość odzyskania należnej kaucji — co, jak rozumiesz zapewne jako ekonomista, stanowi stratę o charakterze nie tylko symbolicznym, ale i fiskalnym.

W związku z powyższym wnoszę o wypłatę odszkodowania w wysokości 500 000 mor, powiększonego o odsetki wynikające z traumy estetycznej oraz koszt alternatywny utraconej kaucji.

Bez pozdrowień,

Sandrone (Pulonia, dodaj kropkę nienawiści)

PS. Uprzejmie informuję, że plotki o waszej… bliskości zostały już zasiane.”

Notes:

Ta historia od początku miała być komedią i swojego rodzaju parodią ckliwych homoerotyków. Jeśli momentami odniesiecie wrażenie, że narrator walczy o przetrwanie równie mocno jak bohaterowie o zachowanie resztek godności — to w pełni zamierzony efekt ( i wykalkulowany w Excelu).

Mam nadzieję, że bawiliście się choć w połowie tak dobrze, jak ja podczas pisania.

A Sandrone napisała ten list całkowicie z własnej woli. Nie była do niego w żaden sposób zachęcana przez autora. Pantalone prawdopodobnie wypłacił odszkodowanie. Wyłącznie po to, żeby sprawa nie trafiła na biurko Tsaritsy. Dottore dostał finansowanie. Niestety.